Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

Janusz Kotlarczyk

Losy klasy z lat 1945–1949 (matura) Państwowego Gimnazjum i Liceum im. Marcina Wadowity w Wadowicach (wybrane aspekty)


Wprowadzenie


Przed kilkoma miesiącami, w 15. numerze Wadoviana (za rok 2012, s. 137 – 174), ukazał się mój artykuł wspomnieniowy pt. „Nasza Klasa w Naszej Starej Budzie i My potem”. Po części dokumentuje on różne o nas dane pod względem statystycznym, po części przedstawia mój subiektywny ogląd ówczesnej rzeczywistości. Ograniczone ramy objętościowe zmusiły mnie do dokonania wyboru opisu tylko niektórych stron życia mojego szkolnego środowiska i przedstawienia ich możliwie skrótowo. Znacznemu ograniczeniu uległa też dokumentacja fotograficzna zjazdów Naszej Klasy. Aby nie zaprzepaścić zebranego i opracowanego materiału postanowiłem, po uzyskaniu zgody p. Marii Talagi – Prezeski Stowarzyszenia Absolwentów PGiL w Wadowicach, przygotować odpowiednie uzupełnienie w/w artykułu i zamieścić go na stronie internetowej Stowarzyszenia. Uzupełni ono także znajdujące się już tam wspomnienia Kolegów – płk mgr inż. Władysława Piekarczyka i mgr inż. arch. Tadeusza Gabora.

Najbliżsi i niektórzy bliscy Koledzy


Na wstępie pragnę przypomnieć, iż nasza klasa maturalna (1949 r.) formowała się w ciągu kilku lat i w kilku etapach. Część rozpoczęła naukę jako klasa II A w lutym 1945 r. (chłopcy w państwowym męskim, dziewczęta w prywatnym żeńskim – reaktywowanych po wojnie gimnazjach), druga część rozpoczęła naukę w tym samym terminie w pierwszej klasie (w obu gimnazjach). Podczas, gdy uczniowie wymienieni jako pierwsi zaliczali w roku szkolnym 1945/46 klasę trzecią, zdolniejsi uczniowie spośród tych drugich zaliczyli w tym samym roku zarówno klasę drugą, jak i trzecią. Dzięki temu, w roku szkolnym 1946/47 obie grupy mogły zostać połączone i rozpocząć wspólnie naukę w klasie czwartej. Operacji tej towarzyszyło zlikwidowanie gimnazjum żeńskiego i przejście dziewcząt do odpowiednich klas (już koedukacyjnych) w gimnazjum państwowym. Nasza klasa IV liczyła ok. 110 osób i została podzielona na 3 oddziały: A, B, C. Czwarta klasa to okres zadzierzgnięcia licznych i trwałych przyjaźni. Niestety, po jej ukończeniu (czyli po tzw. małej maturze) spora ilość Koleżanek i Kolegów przeszła do innych szkół, najczęściej o profilu zawodowym (seminaria pedagogiczne, rozmaite technika, seminaria duchowne i in.). Pozostały w liceum wadowickim zespół pierwszej klasy licealnej wzbogacił się o szereg nowych Koleżanek i Kolegów, którzy napłynęli z innych szkół, i z pewnymi ubytkami, dotrwał do matury. Oba lata licealne to drugi etap integracji zespołu podzielonego jednak na oddziały: A i B, a w obrębie A – na kierunek przyrodniczy i humanistyczny.

Zacieśnianie bliskich więzów przyjaźni następowało w tej sytuacji najczęściej w obrębie poszczególnych oddziałów (choć przeszkadzało temu dość częste przetasowywanie uczniów między oddziałami), bądź zespołów tworzonych przez różne organizacje ogólnoszkolne, funkcjonujące wówczas w szkole, jak: ZHP, LM, SM, i in. Oczywiście umacniały się, trwające od przedwojnia, przyjaźnie sąsiedzkie, np. z braćmi Adamem i Zdziskiem Nowakami, z którymi bawiliśmy się wonczas w wojsko (mieszkaliśmy ok. 200 m. od siebie). Tu wspomnę epizod ilustrujący naszą zażyłość. Na początku nocy poprzedzającej dzień egzaminu maturalnego bracia obudzili mnie, będąc w posiadaniu „bez wątpienia tematu maturalnego” z języka polskiego. Pośpiesznie omówiliśmy plan – szkielet wypracowania i sporządziliśmy dyspozycje do rozwinięcia na Sali, co jednak uszczupliło sen o 2 godziny. Jak można było przewidzieć, temat był zmyłką i nie pojawił się na egzaminie. Nie żal jednak było zarwanej nocy – przeżyliśmy bowiem kolejny epizod zaufania do siebie, koleżeńskiej współpracy i polegania na sobie.

W moim oddziale – klasa II A – najbardziej zaprzyjaźniłem się z synem, podobnie jak ja, profesora gimnazjalnego – Staszkiem Hanusiakiem o przydomku Clarus. Staszka poznałem jeszcze w czasie okupacji, gdy obaj mieszkaliśmy w GG niedaleko siebie (ja w Barwałdzie G., Staszek w Kalwarii Zebrz.), a rodzice Staszka utrzymywali stały kontakt z moją Mamą. Przez większość lat siedzieliśmy w jednej ławce. Staszek był bardzo uzdolniony muzycznie. Już w Kalwarii ćwiczył intensywnie na fortepianie, a po wojnie pobierał lekcje u Pani J. Zagórskiej. Przewidując dalsze studia politechniczne (był bardzo uzdolniony także matematycznie), uznał za niewystarczający poziom matematyki nauczanej przez prof. J. Kawalera i w liceum doskonalił swoją wiedzę u świetnego matematyka inż. M. Zagórskiego. Staszek zachęcał mnie do podobnego kroku, niestety zasoby finansowe mojej Mamy (nauczycielki) na to nie pozwalały, a otrzymywane dorywczo (choć co roku) stypendium musiało być przeznaczane na inne pilne potrzeby. Niestety, rychło się przekonałem (na kursie przygotowawczym na AGH), że otrzymana wiedza w liceum matematyczna daleko odbiegała od wymagań na studiach technicznych. Nadrobienie braków kosztowało mnie wiele wysiłku przed egzaminem na AGH we wrześniu 1949 r. Staszek miał także inne talenty – m. in. ładnie rysował, a także uprawiał różne sporty: tenis, narciarstwo, pływanie, jazdę na rowerze (dojazdy do Krakowa) i biegi długodystansowe (po dziesięcioleciach, już w USA, ulubionym jego dystansem był maraton).

Przyjaźń ze Staszkiem, oparta na wzajemnym zrozumieniu, podobnym poziomie intelektualnym i podobnych zainteresowaniach, a także identycznych poglądach politycznych, wreszcie wspólnym poczuciu humoru, umocniła się po maturze. W 1950 r. Staszek zaproponował mi wspólną kwaterę w Krakowie (był to duży pokój z fortepianem), w której przeżyliśmy osiem lat. W tym czasie obaj kończyliśmy studia, rozpoczęliśmy pracę dydaktyczno – naukową na naszych uczelniach, w tym nad doktoratami. Staszek zaczął się specjalizować w konstrukcjach łupinowych, a ja prowadziłem rozpoznanie i laboratoryjne badanie odkrytych przez siebie w przemyskiem pierwszych w Polsce złóż diatomitów. Razem wykonywaliśmy, jako tzw. fuchy, operaty geodezyjno – geologiczne pod różne budowle, razem myśleliśmy o szukaniu pracy za granicą (uczyliśmy się pilnie w celu „podboju” południowej Ameryki języka hiszpańskiego), urządzaliśmy prywatki, rozglądaliśmy się za dziewczynami i zaśmiewaliśmy się z dowcipów, no i bardzo przeżywaliśmy „odwilż” z 1956 r. Stan ten trwał do 1958 r., kiedy Staszek wystarał się o bilet na zbiorową wycieczkę do Belgii na EXPO’ 58 i z wycieczki… nie powrócił. No i zaczęło się.

Przez z górą rok nawiedzał systematycznie nasze mieszkanie oficer z WUB wypytując mnie o ewentualne listy od Staszka (na szczęście nie pisał) i starając się dociec przyczyn „ucieczki”. Tłumaczyłem, że pensja asystenta ledwo starcza na przeżycie, że Staszek już wcześniej poszukiwał kontaktów z firmami budowlanymi z Ameryki Południowej w sprawie zatrudnienia, że pewnie zdobył jakąś pracę na Zachodzie i został. Kapitan nie mógł zrozumieć braku wdzięczności Staszka wobec Polski Ludowej, która dała mu studia, pracę, etc. Napomknąłem, że trudno oczekiwać wdzięczności od obywatela, którego rodzicom znacjonalizowano, niezgodnie nawet z ówczesnym prawem, kilkuosobowy zaledwie zakład produkujący andruty. Mimo, że rozmowy przebiegały spokojnie, były dla mnie bardzo stresujące. Obawiałem się zaskakujących pytań o typie tych, które już padły, np. co sądzę o wypowiedzi Staszka w Radiu Wolna Europa w tym a tym dniu. Oczywiście, nie mogłem się dać złapać, tylko odpowiadałem: Nie wiem, bo nie słucham tego radia. Zdawałem sobie sprawę, że z każdej rozmowy jest sporządzane streszczenie i musiałem zapamiętywać treść swoich odpowiedzi. Na szczęście, wizyt tych było ok. 6 – 7. Po kilku latach Staszek zdążył zapuścić korzenie w USA. Był przez lata konstruktorem najbardziej bezpiecznych osłon (właśnie łupinowych) nad elektrowniami atomowymi w Kalifornii. Osiągnął w swym zawodzie najwyższe uznanie i bardzo wysoką pozycję w zarządzie firmy. Po upływie lat i uzyskaniu obywatelstwa USA, Staszek mógł wreszcie przyjeżdżać do Polski, korzystał z tego i brał także udział w niektórych zjazdach Naszej Klasy. Jesteśmy nadal w ciągłym kontakcie ze sobą.

W o wiele mniejszym stopniu zżyłem się z trzecim w moim oddziale synem profesora – Eustachym Szeliskim, zwanym „Bubusem”. Ustygmatyzował naszą trójkę prof. J. Kucharski rutynowo wzywając nas do odpowiedzi: „A teraz synkowie profesorscy” i kolejno odpowiadali: Bubus, Clarus i Ianus.

Wspólne pochodzenie ze środowiska nauczycielskiego zbliżyło mnie do Franka Gugulskiego, który w moim oddziale pojawił się dopiero w klasie III A. Znałem go i jego licznych braci z lat okupacji, gdyż rodzice Franka uczyli w Kleczy D., gdzie ich z moją Mamą nieraz odwiedzaliśmy. Franek i jego bracia zawsze bardzo przyjaźnie odnosili się do mnie.

W klasie czwartej, grupa dzieci nauczycielskich poszerzyła się o koleżanki: Marysię Magierzankę – córkę nauczycielki, Ewę Frysztak – córkę inspektora szkolnego i Marysię Wójcik – córkę nauczyciela Rudolfa Wójcika, zamordowanego w Auschwitz w 1942 r., wielkiego przyjaciela mojego stryja Mieczysława. Nieśmiałość i brak wcześniejszych doświadczeń (szkoły powszechne w Wadowicach nie były koedukacyjne) nie sprzyjały wszakże zaprzyjaźnianiu się z koleżankami.


[Następna strona]

Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.