Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

25.04.2013 r.

Janusz Kotlarczyk


Bardzo krótko kolegowałem z Józkiem Studnickim z Barwałdu G. W jego domu przerabialiśmy w 1944 r., w kilka osób na tajnym komplecie, pierwszą klasę gimnazjalną. Zajęcia prowadził ukrywający się na wsi nauczyciel, bardzo dobry i wymagający pedagog Władysław Rusinek, który niestety wkrótce po wyzwoleniu zmarł. Razem z Józkiem i innymi chłopakami sformowaliśmy w tym czasie zespół przygrywający do tańca na weselach. Ja „grałem” na skonstruowanym przez siebie „zestawie perkusyjnym”, a Józek na akordeonie. Razem z Józkiem zdaliśmy egzamin do drugiej klasy, a on zamieszkał na kwaterze w naszym rodzinnym drewnianym domku przy ulicy Tatrzańskiej 57 (dziś na tym miejscu stoi DH Leskowiec), w którym zwolniły się dwie izby, po przymusowo zasiedlonych tu w czasie okupacji lokatorach. Niestety, Józek zrezygnował z nauki i opuścił nas w marcu 1946 r. Poza bieżącą nauką, niestety, nie mieliśmy wspólnych zainteresowań, a wspomniane „granie” należało już do przeszłości.

W klasie trzeciej pojawił się w moim oddziale Tadek Kąkol, którego ojciec pracował jako urzędnik w monopolu tytoniowym. Od razu przypadliśmy sobie do serca. Był to kolega niezwykle przyjazny, ofiarny, uczynny, pogodny, przy tym głęboko wierzący. Razem trafiliśmy do szkolnego koła Sodalicji Mariańskiej, które mogło działać wyłącznie poza szkołą (SM została rozwiązana przez władze pod koniec 1949 r.). Miejscem spotkań była sala w Domu Katolickim, gdzie odprawiano w niedziele Msze Święte z egzortą dla uczniów. Moderatorem naszego koła był X dr E. Zacher. Działalność koła ograniczała się do uczestniczenia we wspólnych nabożeństwach, prelekcji i akcji dobroczynnych. Noszona przeze mnie w klapie maleńka odznaka SM budziła irytację, a czasem zawoalowane drobne szykany naszego lewicowego nauczyciela J. Półgroszka. Próbowałem zneutralizować to odium przygotowując w ramach kółka fizycznego razem z Marianem Michałkiem („Błażejem”) z drugiego oddziału wszystkie demonstracje wybranych procesów fizycznych na aparaturze naszej pracowni – ale nic nie pomogło. Nie pomogło też przerobienie na komplecie z kilkoma kolegami, pod kierunkiem wybitnie uzdolnionego fizyka – Zbigniewa Putyry (wówczas jeszcze nie nauczyciela), a brata naszego kolegi Staszka, słynnego od przedwojnia i bardzo trudnego zbioru zadań z fizyki Zillingera i zdobycie biegłości w rozwiązywaniu zadań. Na moim świadectwie maturalnym nużący jak płot drewniany płot widok szeregu jednakowych not urozmaica „sztacheta” z fizyki z odłamanym przymiotnikiem „bardzo”. Odniosłem wówczas wrażenie, być może niesłuszne, że ocena stanu mojej wiedzy z fizyki nie była oparta wyłącznie o podstawy merytoryczne.

Powracając do Tadzia, on z kolei starał się zmyć „winę” przynależności do SM intensywną pracą społeczną dla szkoły. Przez parę lat był dzielnym i jedynym dyżurnym w świetlicy licealnej. Tadek był bardzo uzdolniony artystycznie, grał na instrumentach (chodził na nadobowiązkowy przedmiot – muzyka) i ładnie rysował. Mogę tu zademonstrować przygotowane przez Tadzia tableau absolwentów Naszej Klasy.

Z lewej strony wkomponował w napis tytułowy, wykonany oryginalnym liternictwem, swój szkic budynku liceum, zaś z prawej – symbol otrzymania przez nas laurów dojrzałości. W podniesionym przez lewą (!) dłoń wieńcu wawrzynu umieścił postać pięknego, nagiego Apollina z jego dwoma atrybutami – wawrzynem na skroniach i pięciostrunną lirą starogrecką na prawym ramieniu.

Kończę wspomnienie o przyjacielu obrazkiem ilustrującym najlepiej jego osobowość. Prowadząc badania geologiczne w okolicach Dubiecka nad Sanem w przemyskiem (były to chyba lata siedemdziesiąte) usłyszałem na prywatnej kwaterze opowieść o przedobrym, przezacnym i bardzo ludzkim lekarzu, pracującym w tym miasteczku, ale udzielającym również bezinteresownie pomocy lekarskiej – Doktorze Kąkolu. Odnalazłem natychmiast mieszkanie tego doktora, a w nim – oczywiście mojego Tadzia. Radości, uściskom, wspomnieniom, nie było końca! Uderzyło mnie bardzo skromne wyposażenie mieszkania. Na następną posadę Tadek wyjechał z tym, co przywiózł do Dubiecka. Dobry, kochany Tadek – cały Doktor Judym. Potem zapadł na ciężką chorobę i znacznie przedwcześnie pośpieszył tam, gdzie leczeniu podlegają jedynie choroby duszy.

Kolejnym moim kolegą od serca był Krzyś Zachariasiewicz, rogata dusza, junacka fantazja, czupurny, inteligentny, zawsze pełen pomysłów, psot i figli. Zbliżyło nas doświadczenie wojenne, niezależnie od wcześniejszej bliskiej znajomości naszych rodzin. Jego ojciec został zamordowany przez internacjonalistycznych socjalistów w Katyniu strzałem w tył głowy, mój zastrzykiem z fenolu w serce przez narodowych socjalistów w Gusen (filii obozu Mauthausen). O jego „kominowym” wyczynie pisałem w Wadovianach. Tu wspomnę o kolejnym. W naszych latach w gmachu gimnazjum funkcjonowały dwie klatki schodowe położone po obu stronach obecnie istniejącej. Schody były drewniane i podobnie jak podłogi w salach i na korytarzach, nasycone czarnym, pyłochłonnym płynem. Krzysiu złożył składane krzesło na płasko i jak na sankach zjeżdżał podczas przerwy po schodach z drugiego piętra w dół. Nogi – „płozy” krzesła spadając z każdego schodu wywoływały huk, zjazd przez pół piętra dawał efekt serii z karabinu maszynowego. Zjazd przez cztery półpiętra wydłużał tę „strzelaninę” do dwóch minut. Było czego słuchać i na co patrzeć, jak rozindyczony „Dyrcio” wylatywał z gabinetu na pierwszym piętrze, lecz nie mógł zidentyfikować sprawcy, gdyż Krzysiu był już na parterze. Zanim „Dyrcio” zbiegł za nim na parter, Krzyś drugą klatką wybiegał na II piętro.

Z Krzysiem połączyła mnie silna więź chęci wspólnego wyboru zawodu oficera marynarki i przeżycia przygód związanych z tą profesją. Zaczęliśmy od wstąpienia do szkolnego koła Ligi Morskiej (LM). Po pewnym czasie, zostałem jego przewodniczącym, a opiekunem naszym był wówczas profesor Grzesło – niezwykle mądry, inteligentny, przyjazny i pomocny profesor. Skupiliśmy w kole zespół zainfekowanej karierą marynarską młodzieży męskiej, odbywaliśmy pogadanki na tematy związane z morzem i żeglarstwem, przygotowywaliśmy uroczystości „Święta Morza”, sporządzaliśmy okolicznościowe gazetki, przygotowywaliśmy się do kursów żeglarskich, których jednak z braku funduszy nie dało się zrealizować. Przeżycia przygód były więc raczej wirtualne. Z upływem czasu doszedłem do wniosku, że ze względów rodzinnych (samotna Mama) pomysłu nie powinienem realizować. Przygód miał mi dostarczyć i zrekompensować morskie zawód geologa po studiach na Wydziale Geologiczno – Mierniczym (potem Geologiczno – Poszukiwawczym) AGH (pod tym względem, rzeczywiście się nie zawiodłem – przeżyłem szarżę dzików w potoku, wejście w pole gniazd żmij, tonięcie z koniem w bagnie, trzęsienie ziemi na Sycylii, tamże bliski kontakt z uzbrojoną mafią i wiele innych). Krzysio zmarkotniał i postanowił wybrać Wydział Elektromechaniczny również na AGH (zawsze to jakaś ścieżka do maszynowni statku). Po pierwszym semestrze, Krzysiu ku rozpaczy Mamy, nic mi nie mówiąc, zapisał się do szkoły jungów (chłopców okrętowych) po to, by na pierwszym szkolnym kursie na Bornholm i po zejściu z klasą na ląd, poprosić o azyl, jako syn zamordowanego przez Rosjan oficera polskiego. Niebawem przeniósł się do Szwecji, gdzie otrzymał stypendium i ukończył Wyższą Królewską Szkołę Morską, realizując swoje młodzieńcze marzenia. Po odsłużeniu stypendium (zdaje się po dziesięciu latach) jako kapitan Żeglugi Wielkiej pływał po pod różnymi banderami i po wszystkich oceanach. Studiował też prawo w Kanadzie. Próbował, ale nie dotarł na żaden z naszych zjazdów maturalnych utykając, w którymś z polskich portów. Zjawił się jeden raz z Wadowicach, w kilka dni po zjeździe i spotkał u Emila ze zwołanymi „alarmowo” Kolegami – „Błażejem” i Staszkiem Paździorą, a także z przebywającym wówczas po raz pierwszy w Wadowicach Staszkiem Hanusiakiem. Spotkanie to utrwaliła małżonka Emila.

Emil, Hanusiak, Krzysiek, Błażej i Staszek

Siedzą od lewa: Emil, Hanusiak, Krzysiek, „Błażej” i Staszek. Mnie niestety, nie udało się z nim nigdy spotkać. Dla ułatwienia porozumiewania się z obcojęzycznymi marynarzami, skrócił nazwisko do jednej sylaby: Zakh (Zach) lub Zack.


Wyjątkową okazję do spotkań międzyoddziałowych dawały próby chóru szkolnego. Na nadobowiązkowe lekcje śpiewu uczęszczali Koleżanki i Koledzy w klasie IV gimn. i w liceum (bądź tylko w liceum, co zaznaczę literą L). Niektórzy wybrali także lekcje muzyki, co zaznaczę przy nazwisku literą M. Byli to: Jędruś Karp (M), Tadek Kąkol (M), Ja, Baśka Pajdecka, Staszek Paździora (M), Ola Pochłopień, Zbyszek Siuta (M), Staszek Skrzyński (M), Marian Sordyl (M), Hanka Szczybura (L), Wanda Wandor (L), Danka Żaba. Do chóru weszli ponadto z naszej klasy: Marysia Halska, Miśka Mularczyk, a z niższych klas – kilkanaścioro Koleżanek i Kolegów. Młodsza koleżanka z chóru Halina Różycka pomogła mi ustalić nazwiska kilku chórzystek. Skłania mnie to do powtórnego zamieszczenia zdjęcia chóru z identyfikacją większości jego członków.

Chór Chór Gimnazjalny

Chór Gimnazjalny na schodach obok Domu Katolickiego w Wadowicach, maj 1948 r. (Chórzyści z Naszej Klasy mają wytłuszczone nazwiska; osoby niezidentyfikowane: ND – Dziewczęta, NC – Chłopcy. Na chodniku stoją od prawej: kier. Chóru J. Mokwa, ND, Zofia Kowalówka, Irena Kowalówka, Rozalia Fidelus (kl. III), Halina Kołodziejczyk (kl. III), Halina Różycka; na pierwszym stopniu stoją od prawej: Wiesława Chmura, Barbara Pajdecka, Hanka Szczybura, Wanda Wandor, Maria Halska, Danuta Żaba, Halina Grabowska, ND; na czwartym i piątym stopniu stoją od prawej: NC, NC, X Władysław Curzydło, S. Paździora, X. E. Zacher, M. Sordyl, Michalina Mularczyk, (przed Nią głowa) Aleksandra Pochłopień; na najwyższych stopniach stoją od prawej: NC, Maciej Krzemień (trzyma za poręcz), Ferdynand Kasperkiewicz (kl. IV), NC, A. Karp, J. Kotlarczyk, NC, NC, Józef Zięba (kl. III)


Próby odbywały się zwykle pod wieczór. Często więc w ładne i ciepłe wieczory szliśmy po próbach do parku z gitarą lub akordeonem. W altance śpiewaliśmy różne pieśni i przeboje i tańczyliśmy do późna. Dawało to właściwie pierwszą szansę na bliższe poznanie się wzajemne obu płci; w tamtych latach były to raczej okazje rzadkie. Pojawiały się pierwsze sympatie i zalążki par. Zaprzyjaźniłem się wówczas z Karpem, Paździorą, Skrzyńskim i Sordylem.

Inną okazją do spotkań integracyjnych z Kolegami z innych oddziałów i klas dawały wieczorne spacery wokół wadowickiej agory. Używam tego określenia świadomie, gdyż czterokątny rynek wadowicki (120 m x 80 m) jest podobny w planie do agory ateńskiej (150 x 160 m), choć mniejszy przeszło dwukrotnie, przy czym ta ostatnia była częściowo zabudowana (np. Odeon). Szlifowaliśmy więc systematycznie bruki wadowickiej agory komentując życie codzienne Greków i Rzymian, ale także najświeższe wiadomości oraz ploteczki o Naszej Budzie, Belfrach i różnych wydarzeniach. W soboty dołączali do nas akademicy wracający na niedzielę do rodzin, a niekiedy towarzyszył nam Tadeusz Filip z tysiącem arcyciekawych opowieści z jego pracy dyplomatycznej przed wojną i w jej trakcie.

Pisząc o uzdolnieniach muzycznych moich Koleżanek i Kolegów nie mogę nie podkreślić wyjątkowych talentów Zosi Jasińskiej i Staszka Hanusiaka. Zosia, po opóźnionej ciężką chorobą maturze (1950 r.), ukończyła Krakowskie Konserwatorium, uczyła w szkole muzycznej w Bielsku, ale też dawała koncerty. Staszek przez cały czas pobytu w Polsce ćwiczył wytrwale (o czym już wcześniej pisałem) i grał koncertowo. Najczęściej na naszej kwaterze byłem niestety jego jedynym słuchaczem. W repertuarze przeważała muzyka romantyczna. Prócz Chopina i Czajkowskiego, Staszek dużo grał Liszta, Schumanna i Griega, który mnie wówczas fascynował. Dobrej klasy fortepian (Stanley) stojący w wynajmowanym przez nas dużym pokoju rzadko odpoczywał wieczorami. Nieraz żałowałem, że moja edukacja muzyczna zakończyła się w Wadowicach w 1942 r. na poziomie grania kolęd.

Do bardzo umuzykalnionych Kolegów należeli Koledzy – chórzyści, obdarzeni słuchem absolutnym: Karp, Paździora, Skrzyński i Sordyl. O sformowanym przez nich czterogłosowym zespole Rewelersów pisałem w Wadovianach. Tadek Roman, mimo odbytych innych studiów kontynuuje profesję ojca jako organista.

Skoro poruszyłem sprawę uzdolnień artystycznych Kolegów, nie mogę nie przypomnieć uzdolnień plastycznych kilkorga – E. Szemioth po ASP w Krakowie została wziętą ilustratorką książek, Tadek Gabor i Marian Sordyl zostali architektami, przy czym Tadek pięknie malował i fotografował (co można było podziwiać na jego wystawie w marcubr. w Wadowickiej Bibliotece Publicznej), Hania Jankowska została interesującą malarką (autorka wernisaży własnych i zbiorowych Grupy Beskidnicy w Wadowicach); malował też jej mąż, a mój kuzyn – dentysta S. Jankowski. O umiejętnościach plastycznych Tadzia Kąkola i Staszka Hanusiaka napominałem wcześniej.


[Poprzednia strona] [Następna strona]

Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.