Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

WSPÓŁCZESNY CZŁOWIEK RENESANSU?

ON

Ciężko nie zwrócić na niego uwagi. Wyróżnia się wzrostem, ubiorem, postawą – i nie tylko. Uczniom pierwszych klas zdarzało się pomylić go z nauczycielem. Nic dziwnego – dla osoby postronnej w ogóle nie wygląda na licealistę. Poważny zarost, intrygujące spojrzenie lekko przytłumione szkłami okularów, dłuższe włosy gładko zaczesane do tyłu. Zawsze ubrany w garnitur, zawsze w lśniących półbutach, zawsze z charakterystyczną teczką. Szalenie interesujący i zarazem budzący politowanie. Ile głów, tyle opinii – jego styl bycia i sposób postrzegania rzeczywistości jest od czasu do czasu kwestionowany przez osoby, które nigdy nie miały sposobności zamienić z nim choćby paru słów i patrzą na niego przez pryzmat zewnętrznych dziwactw. Postanowiłam przełamać podsycaną miesiącami ciekawość i umówić się z nim na spotkanie. Mimo że już trzy lata chodzimy do równoległych klas, nie miałam dotąd odwagi podejść i zagadać. Okazja ku temu nadarza się w piątkowe przedpołudnie na jednej z przerw w szkole. Stoi w odosobnieniu, przegląda notatki w zeszycie. Jak zwykle. Nieśmiało macham i pytam go, czy otrzymał moją wiadomość na Facebooku. Odpowiada twierdząco i z radością dodaje, że czuje się zaszczycony propozycją rozmowy. Patrzy na mnie z góry, a ja zadzieram nosa – oczywiście dosłownie, bo przy nim wydaję się jeszcze mniejsza, niż jestem w rzeczywistości. Po chwili przepuszcza koleżanki i kolegów do sali. Wchodzi ostatni i zamyka za sobą drzwi.

ROZEZNANIE OGÓLNE

Jeszcze tego samego dnia przychodzę na salę gimnastyczną w towarzystwie kolegi. Znają się z Mariuszem. Razem obserwujemy jego klasę podczas gry w koszykówkę. Mariusz zachowuje się na boisku jak profesjonalista: woła do zdezorientowanych koleżanek, by podały mu piłkę, a następnie z szybkością błyskawicy biegnie z nią do kosza. Nie zapomina o kozłowaniu i dwutakcie. Z łatwością zdobywa kolejne punkty dla swojej drużyny. Jestem pod wrażeniem jego determinacji; nawet w trakcie przerwy, gdy inni siedzą w szatni, on bierze piłkę i z odległości kilku metrów wykonuje kolejne trafione rzuty. Nie spuszczam z niego wzroku, do porządku przywołuje mnie nasz kolega, który wspomina pewną sytuację z Mariuszem. Kiedyś w żartach powiedział mu, że gdy nie znajdzie pomysłu na siebie, zostanie sędzią koszykarskim. Wówczas otrzymał od niego kilka adresów organizacji zajmujących się kursami na arbitrów w tej dyscyplinie. Poczuł spore zaskoczenie i zrozumiał zaangażowanie Mariusza – nie tylko w sport, ale również w pomoc innym. Dotąd wydawał mu się on osobą nieprzystępną, zamkniętą w ramach indywidualnie wykreowanego świata. „To człowiek, który lubi dzielić się wiedzą i nabytymi umiejętnościami. Nieważne, czy wykorzystasz jego wskazówki, on chce po prostu być w porządku wobec ludzi” – stwierdza.

SPOTKANIE TRZECIEGO STOPNIA

Nazajutrz przychodzę pod wskazany adres; troszeczkę przed czasem, ale Mariusz jest już przygotowany i z uśmiechem prowadzi mnie do swojego pokoju. W korytarzu poszczekuje Maja – czarny pudelek miniaturka. Po chwili się uspokaja, a mama Mariusza przynosi nam poczęstunek. Postanawiam: nie przełknę niczego, dopóki nie skończymy wywiadu. Wyjmuję swój sprzęt do nagrywania, Mariusz wygodnie rozsiada się na sofie. Nie widzę po nim ani krzty zdenerwowania. Zaczynam od zapytania, jaki stosunek mają do niego osoby, w środowisku których się obraca. Bez wahania odpowiada, że niejednoznaczny i z błyskiem w oku dodaje, że nie można obok niego przejść obojętnie. Są dwie grupy ludzi: jedni mnie podziwiają, drudzy uważają za pozera interesującego się parapsychologią. Przyznaje się do trudnego charakteru i nie dziwią go negatywne komentarze na swój temat. „Jest bardzo pewny siebie” – myślę w duchu i przez ułamek sekundy próbuję rozważyć, czy odpowiedzi na kolejne pytania nie będą przebiegać wedle tego schematu. Słucham jego dalszych wywodów. Fascynują mnie dwie rzeczy: dyskusja merytoryczna i przekazywanie wiedzy. Ja po prostu uwielbiam dyskutować z innymi ludźmi! A już szczególnie z tymi, których zdanie jest przeciwne do mojego. Jeśli rozmawiam z kimś, kto ma takie same poglądy jak ja, to ta rozmowa nie ma sensu, gdyż tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że moje zdanie jest słuszne. Jeśli natomiast następuje konfrontacja, to w jej trakcie zastanawiam się, która ze stron ma więcej racji. „Myślę, że dziś nie będzie z tym rozważaniem problemu” – dodaję od siebie, śmiejąc się i pytam dalej, tym razem o znienawidzoną cechę swego charakteru. Ciężko powiedzieć – słyszę. „Coś przecież musi być” – prowokuję go do odpowiedzi i ją uzyskuję. Jestem bardzo poważną osobą, w ogóle nie mam do siebie dystansu. Pytam zatem, czy jeśli zostanie poddany krytycznej ocenie przez kogoś, to bierze ją sobie do serca. O nie, krytyka to zupełnie inne pojęcie. Dla mnie jest wręcz gestem przyjaźni. Wielu ludzi odbiera krytykę jako coś wrogiego, a ja uważam, że tylko przyjaźnie nastawiony do Ciebie człowiek potrafi Cię konstruktywnie skrytykować, bo Ty swoich błędów nie widzisz. Ja wręcz uwielbiam być krytykowanym. Wszelako odmieniona krytyka zdominowała wypowiedź Mariusza, ale pytanie brzmiało inaczej. Mój brak dystansu polega na tym, że nie potrafię śmiać się z siebie. Nie śmieję się z dowcipów, nie potrafiłbym żadnego opowiedzieć. Patrzę na niego z niedowierzaniem - powierzchownie wydawał mi się osobą z inteligentnym poczuciem humoru. Najbardziej irytują mnie głupkowate filmiki w internecie oraz płytkie piosenki, które w krótkim czasie zyskują ogromną popularność, np. Harlem Shake czy Gangnam Style. Co ludzie w tym widzą? Sugeruję, że może owa głupkowatość nakręca machinę powszechnego zainteresowania. Za to przykładowo opera Mozarta zostanie skomentowana: klasyka, nuda… Większość młodych ludzi ma zniekształcone poczucie piękna. Nie komentuję tego, ale czuję, że ten „inny” świat staje się coraz bardziej pociągający. Brnę dalej, tym razem poruszając kwestię jego wizerunku. Dowiaduję się, że garnitur nosi dopiero od liceum, choć koszulami zainteresował się już w gimnazjum, a przez pewien czas chodził również „pod krawatem”. „Czy jest coś, czego żałujesz w życiu?” – wpadam na grunt egzystencjalny. Żałuję czasem nawet prostych rzeczy. Kładąc się wieczorem, analizuję cały dzień i zastanawiam się, czy musiałem wypowiedzieć pewne słowa albo zareagować w taki, a nie inny sposób, a także, czy przypadkiem kogoś nie obraziłem. Nie jestem osobą, która coś palnie i ze świadomością tego dalej idzie przez życie. Często przepraszam innych, mimo stwierdzeń: „Po co przepraszasz? Przecież nic się nie stało.” A ja wolę przeprosić niepotrzebnie niż nie przeprosić i potem żałować, że się tego nie zrobiło i dana osoba się obraziła. Porusza mnie jego wrażliwość. Mało kogo stać na przyznanie się do najdrobniejszego błędu. Słowa naszego kolegi zyskują „plecy”, Mariusz faktycznie chce być w porządku wobec innych. W jaki sposób pomaga? Z ożywieniem opowiada o książkach, jakie przygotowywał dla młodszych kolegów, gdy trenował w wadowickiej drużynie koszykarskiej „Skawa”. Jego twarz przepełnia radość, gdy wspomina: Koledzy pożyczali ode mnie książki i wymieniali się nimi między sobą. Używając słowa „książka”, rozrzewnia mnie swoim poczuciem słusznej misji. Dalej ciągnę go za język w temacie ulubionej dyscypliny sportowej, choć – jak się okazuje – poza nią trenował również biegi. Koszykówka jest jednak jego największą pasją – do tego stopnia, że… przewodniczy jej projektowi na Wikipedii: Mam pod sobą od kilku do kilkunastu wikipedystów z całej Polski. Zarządzam rozbudową i weryfikacją haseł, zatwierdzam zmiany wprowadzone przez innych, zanim ukażą się publicznie. Jako redaktor dokonał ponad pięciuset edycji artykułów największej internetowej encyklopedii. Poza tym może pochwalić się dyplomami i medalami zdobytymi w zawodach, brał udział w półfinałach Mistrzostw Polski i dwukrotnie w turniejach międzynarodowych. Tęskni za „Skawą”, którą musiał porzucić ze względu na naukę w liceum. Trenował w niej od czwartej klasy szkoły podstawowej przez siedem lat, półtorej godziny trzy dni w tygodniu. Dzięki temu zdobył ogromną wiedzę teoretyczną i właśnie dlatego napisał książki dla kolegów, którzy później dołączyli do klubu. Na obozach i weekendowych wyjazdach rozpracowywał z nimi taktykę, często wyręczając trenera. Pokazuje mi zeszyty: dokładnie rozrysowane zagrania poszczególnych zawodników przypominają skomplikowane wykresy funkcji. Mówi z uśmiechem na ustach i jednocześnie z nostalgią w głosie: W „Skawie” budowałem nie tylko swoją wytrzymałość fizyczną, ale również duchową. To było wspaniałe doświadczenie. Dzięki obozom i zawodom osiągaliśmy coraz wyższy pułap, odkreślaliśmy kolejną literę alfabetu koszykówki. W drużynie nie można być samolubem. Praca dla niej hartuje osobowość. Gdyby koszykówka nie istniała, nie wiedziałbym, co chcę robić w życiu. Wychodząc w poniedziałki z treningów w szkolnej sekcji, rozkoszuje się ciemnością i ciszą korytarzy. W ciągu dnia musi jednak myśleć o sprawach natury przyziemnej: Muszę być zawsze przygotowany do lekcji. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy zostaję wzięty do odpowiedzi z jakiegoś przedmiotu i nie potrafię wydusić z siebie słowa. I dodaje, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu: Nauka zajmuje mi czas do północy i codziennie wstaję o czwartej, żeby mieć jeszcze te kilka godzin zapasu, by powtórzyć sobie informacje przed lekcjami. Nie traktuje po macoszemu nawet przedmiotów, które jako ścisłowiec teoretycznie mógłby sobie odpuścić. Czy jednak od zawsze pociągała go nauka, merytoryczna dyskusja i filozofia? W podstawówce byłem kompletnie inną osobą. Biegałem, żartowałem, śmiałem się, wszędzie było mnie pełno i cieszyłem się szacunkiem kolegów. Założyłem nawet własny klub „Wysiłek”, który był klubem sportowym. Rozgrywki toczyły się na korytarzach; prześcigaliśmy się w konkursach na największą liczbę przysiadów czy pompek, na parapetach stawaliśmy na rękach. Wszystkie konkurencje były mojego autorstwa, a dla najlepszych przygotowywałem nagrody w formie soczków i słodyczy. Miałem wówczas głowę pełną pomysłów, a wszyscy chcieli należeć do tego klubu, dlatego zacząłem przeprowadzać selekcję. Aby być członkiem „Wysiłku”, należało wykonać pewne ćwiczenia w określonym czasie. Jako szef miałem pod sobą zastępcę i skarbnika, organizowaliśmy składki na okolicznościowe prezenty i do tej pory jestem dumny z tego przedsięwzięcia. Rozplanowaliśmy je doskonale, jak na nasz wiek. Klub utrzymał się rok, do końca piątej klasy. W gimnazjum spoważniałem, ale muzyką klasyczną interesowałem się od zawsze. Zacząłem pilnie się uczyć, już nie otaczałem się tyloma przyjaciółmi, ale miałem trzy bliskie osoby. W liceum spoważniałem jeszcze bardziej, grupa moich przyjaciół jeszcze bardziej się zawęziła i mówię, że w tej szkole mam raczej kolegów. Po tej wypowiedzi bierze szklanki i nalewa nam mrożonej herbaty. „Pewnie zaschło Ci w gardle” – mówi do mnie z uśmiechem.

SPOTKANIE STOPNIA METAFIZYCZNEGO

Zanim przechodzę do przygotowanych pytań, wyłączam sprzęt nagrywający i rozpoczynam prywatną dyskusję z Mariuszem. W jej trakcie wychodzi na jaw jego wielkie marzenie – wydanie powieści pt. Liberał. Określa ją mianem „osobistego manifestu literackiego”, krytykującego poglądy współczesnej młodzieży. Podzielona na trzy części, będzie zawierać wątek fabularny – perypetie bohatera, pierwotnie antyliberała, pojęcie liberalizmu według Mariusza oraz kwestie związane z błędnym rozumieniem wolności we współczesnych realiach. Przekonamy się dzięki niej, że nie każdy człowiek prowadzący rozrywkowy styl życia jest pozbawiony wartości i słusznych poglądów, ale jej przesłanie przyniesie jednocześnie gorzkie rozczarowanie: na ziemi żaden człowiek nie zazna prawdziwego szczęścia, gdyż wszystko prowadzi do destrukcji, a wyzwolenie przyniesie dopiero życie po śmierci. Mariusz jest głęboko wierzący. Zapytany, w jakie wartości wierzy, odpowiada: Najważniejszą wartością jest dla mnie Bóg. Podczas przygotowań do bierzmowania ksiądz powiedział mi: „Jeśli człowiek ma Boga na pierwszym miejscu, to wszystko inne ma na właściwym miejscu. ” Te słowa są moim głównym życiowym mottem. To prawda – dzięki Bogu wszystko jest w moim życiu ułożone. Konserwatywny? Tak, ale jednocześnie posiada bardzo postępową cechę: Jestem tolerancyjny i jestem w stanie zaakceptować wszelkie formy odmienności. Od czasu do czasu potrafi być jednak krytyczny: Jestem bardzo wymagający dla siebie przy jednoczesnym braku wymagań wobec innych ludzi. Weźmy na przykład ściąganie. Nigdy nie zrobiłem ściągi i nigdy nie ściągałem. Jestem konsekwentny. Nie przejmuję się tym, że ktoś ściąga. Ja muszę być uczciwy i sprawiedliwy wobec siebie, inni nie muszą; nie obraża mnie to. Moje przekonania są dla mnie bardzo ważne, więc wbrew sobie nigdy niczego nie robiłem, zawsze postępowałem zgodnie z sumieniem i tego się będę zawsze trzymał; może również z tego względu nie jestem lubiany przez pewną część otoczenia, gdyż moje poglądy są ugruntowane. Jego najmocniejszym wsparciem i najbardziej wymownym autorytetem są rodzice, przy czym nadmienia: Większość ludzi współcześnie nie uznaje autorytetów i z tego powodu młodzież… no wyrasta taka, a nie inna (śmiech). Będąc jedynakiem, wypracował światopogląd na podstawie własnych obserwacji, które kwituje dosyć ciekawie: Lubię uczyć się na błędach innych, gdyż sam nie chcę ich popełniać. Okazuje się również, że granica jego tolerancji jest wysoka do stopnia wspaniałomyślnego wybaczania nieprzychylnie nastawionym do niego ludziom: Człowiek postrzega świat w indywidualny sposób i nie mam mu za złe nawet negatywnych słów czy gestów pod swoim adresem; jestem w stanie mu nawet to wybaczyć, nie oczekując w zamian nawet wdzięczności. Mimo to przyznaje się do dwóch „słabostek”: lubi, gdy ludzie dziękują mu za udzielone rady i słowa pocieszenia oraz dopadają go czasami momenty zwątpienia, czy na pewno podąża słuszną drogą: Czuję się czasem odmieńcem, ale mam świadomość trudnego charakteru, dlatego mimo asymilacji zdarza mi się przepraszać kolegów, że chwilami ze mną nie wytrzymują. Nie można mu za to odmówić żelaznej wręcz woli: Nigdy w życiu nie spróbowałbym papierosów ani narkotyków. Immanuel Kant powiedział, że człowiek nie jest bogaty tym, co posiada, lecz tym, bez czego z godnością potrafi się obejść; jest to moja myśl przewodnia w życiu. Powiem Ci szczerze: najbardziej irytuje mnie pośród współczesnej młodzieży pogląd, że w życiu należy wszystkiego spróbować. Gdy to słyszę, po prostu krew mnie zalewa. Młodzi ludzie chwalą się, czego to nie robili na imprezach i jakie jazdy mieli po alkoholu i narkotykach. Ja bym się tego wstydził! Za to piękna jest dla mnie postawa, gdy człowiek, przeżywszy kawał życia, stwierdza z dumą, że nie spróbował rzeczy, które uznaje się za destrukcyjne, np. nie zapalił ani jednego papierosa. Dla mnie osiągnięciem nie jest niepalenie marihuany, gdy już się jej raz spróbowało, dla mnie jest sukcesem niesięganie po nią w ogóle. I to właśnie wymaga mocnego charakteru. Przyznaję, że czasem zastanawiam się, jakbym reagował po narkotykach. Ale mam na tyle silną wolę, że nigdy tego nie zrobię. Przy okazji ponownego wspomnienia o bohaterze Liberała wracamy do zagadnienia wiary. Mariusz głośno się zastanawia: Komu zależy, żeby ludzie odeszli od wiary katolickiej? Odpowiadam, że może nie do każdego docierają argumenty świadczące o istnieniu Boga, ponadto kształt współczesnego świata też zdaje się być nietknięty Bożą ręką… Zyskuję mocną ripostę: Bóg dał nam wolność, nie może się wtrącać do naszego świata. Człowiek stoi pośrodku świata, jak pisał Mirandola. Może się stoczyć albo wznieść do wyższej rangi. Sam zgotował sobie piekło na ziemi, co obrazują wojny i bieda. Dlatego coraz więcej osób staje się deistami czy wręcz ateistami. Ja mam na to kontrargument: istnieje przecież coś takiego, jak Opatrzność Boża. Bóg może wpływać na kolej rzeczy, np. potkniesz się, ale dzięki temu na twoją głowę nie spadnie cegła. W Eucharystii jest zawsze obecny Bóg. Fizycznie. Nie krytykuję deistów i ateistów, ale dziwi mnie, że nie dadzą się przekonać koncepcji teodycei. Pytam go o miejsce w naturze, wzorem bohatera romantycznego. Mariusz patrzy w sufit i zdaje się rozpływać w miarę wypowiadania kolejnych słów: Uwielbiam góry, gdyż w nich odnajduję Boga. Nie ma miejsca na Ziemi, gdzie człowiek nie mógłby istnieć, bo Ziemia została stworzona dla człowieka. Góry wyższe o kilka metrów byłyby niedostępne, a tak, ich wysokość pozwala na przeżycie.

SPOTKANIE STOPNIA TOWARZYSKIEGO

Nie mogłam się powstrzymać. Musiałam się dowiedzieć, ile przedstawicielek płci pięknej zakręciło się wokół Mariusza. Pytanie wyraźnie go rozbawiło, ale i zarazem lekko zażenowało, gdyż szybko uciął ten temat. W gimnazjum chodził z jedną dziewczyną, ale nie chciał się afiszować ze swym uczuciem, w związku z czym wiedzieli o nim tylko jego najbliżsi przyjaciele. W liceum z kolei jest parę dziewczyn, które mu się podobają, z dwiema z nich zdążył się do tej pory umówić – jednak wierzy, że jeszcze przyjdzie na niego czas. Następnie testuję jego wiedzę muzyczną. Guns ‘n’ Roses? Pink Floyd? Pierwsze słyszę, naprawdę! Popatrz, ja słucham Mozarta, Bacha, Chopina… - podchodzi do stojącej za mną biblioteczki pełnej słowników, encyklopedii oraz publikacji o różnorodnej tematyce i z dolnej półki wyciąga płyty i biografie słynnych kompozytorów. Taka muzyka mnie wzrusza, w niej odnajduję piękno. Natomiast jestem czasami zirytowany piosenkami puszczanymi w szkolnym radiowęźle. Chciałbym kiedyś usłyszeć na przerwie Mozarta. Pocieszam go, że do kwietnia może coś jeszcze się zmieni w tej materii. Przy okazji przeglądam inne ciekawe pozycje z biblioteczki: książki o mowie ciała oraz fabularyzowane publikacje o parapsychologii. Mariusz wspomina, że w gimnazjum dużo czytał i nie może odżałować doskwierającego mu obecnie braku czasu. Dostrzegam tytuł, który wywołuje we mnie rozbawienie. Lekcja stylu dla mężczyzn Jolanty Kwaśniewskiej. Mariusz czerwieni się, ale wywołany do tablicy, otwiera białe szafy, stojące w rządku pod ścianą. W każdej z nich znajduje się inny element garderoby. „Widzę, że masz wiele czarnych garniturów” – mówię, puszczając oczko. To jeszcze nic, spójrz tu! – wyciąga z szuflady malutkie pudełeczka, w których kryją się spinki do krawatów i mankietów. Srebrne, złote, kolorowe, matowe i błyszczące, wszystkie jedyne w swym rodzaju. Szkoda, że tak rzadko pojawia się w nich na imprezach. Opowiada, że jest rzadko zapraszany, gdyż pije z umiarem i przeważnie tańczy, choć nie bywa rozrywkowy. Spotkania towarzyskie stają się za to dla niego pretekstem do rozmowy w cztery oczy z interesującymi go ludźmi: Współcześnie ludzie nie potrafią słuchać, a to przecież wspaniała rzecz. Możesz nawet prowadzić monologi – najważniejsze, że dana osoba Cię słucha. Dziękuj jej za to, zawsze. Dopytuję go jeszcze o zdolności kompozytorskie, na co macha ręką: Nigdy nie chodziłem do szkoły muzycznej, jedynie do ogniska pracy pozaszkolnej. Uważam, że gram słabo, może na poziomie siedmiolatka. Ale lubię tworzyć. Ludzie wolą destrukcję prezentowaną np. w filmach katastroficznych, a mnie podoba się kreowanie, budowanie czegoś.

MARIUSZ

Zastanawiam się, czy po tym wszystkim, co do tej pory usłyszałam, poruszyć jeszcze trzy kwestie. Odrzucam jednak wahania. Mariusz zwierza mi się, że chwilami chciałby się przenieść do innej epoki, gdy pewne wartości, kultura i obyczaje były cenione i pożądane. Czułby się tam lepiej nawet pod względem ubioru. Ponadto nie uważa się za wyjątkowego ani oczytanego i z chęcią czerpie wiedzę od ludzi bardziej wykształconych, np. nauczycieli. Za byciem człowiekiem „zwykłym” przemawia według niego fakt, że przed sprawdzianami nie śpi i nie może zjeść śniadania ze stresu. Martwi go matura, z każdym dniem powiększa się wrażenie, że jego wiedza jest na niedostatecznym poziomie. Na podsumowanie pytam go, co poradziłby młodym ludziom, którzy boją się pokazać takimi, jakimi są naprawdę. Po chwili dłuższego zastanowienia odpowiada: Cytując Ferdydurke: „Człowiek ma gębę i uciec przed nią może tylko w inną gębę” – dlatego nigdy nie ma możliwości pokazania w pełni prawdziwej twarzy. Warto jednak zaprezentować się przed ogółem na tyle prawdziwym, na ile jest to możliwe, być szczerym wobec samego siebie i nie zwracać uwagi na innych ludzi. Jednak warto też czasem założyć maskę i nie afiszować się, jeśli mielibyśmy zostać zranieni. Mnie przecież też zdarza się nakładać maskę – kłamstwo bywa dobrym uczynkiem, a szczerość grzechem. Nie warto jednak zupełnie skrywać szczerości. To jedna z najważniejszych cech pożądanych u człowieka, której brakuje wielu młodym ludziom.

Zgodnie z obietnicą złożoną samej sobie, dopiero teraz kosztuję rurki z kremem. Mariusz odprowadza mnie do wyjścia, a z jego pokoju dobiega cichutkie tykanie zegara rodem z obrazu Dalego. Szczekanie Mai rozbrzmiewa na klatce schodowej. Na zewnątrz panuje plucha i szaruga, ale w moim umyśle korzeni się powoli ziarenko „innego” świata. Świata współczesnego człowieka renesansu.

Anna Lewicka
I LO im. Marcina Wadowity w Wadowicach


Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.