Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

Kulig - Jubileuszowe wspomnienia absolwentów LO w Wadowicach, roku 1959, klasy XI B

Kulig


Jubileuszowe wspomnienia absolwentów LO w Wadowicach, roku 1959, klasy XI B


Copyright © 2009 by Edward Staniek

Redakcja: Bogda Hardek, Danuta Pędziwiatr, Edward Staniek, Maria Talaga Przygotowanie zdjęć do druku: Kazimierz Koczur Projekt okładki: Kazimierz Koczur Skład: Sławomir Kasper

ISBN 978-83-923451-8-3

Wydawnictwo TEZA 31-532 Kraków, ul. Chodkiewicza 18 tel.012 421 71 89 www.soldruk-teza.com.pl









Warto wspominać


Pamięć to cenna władza człowieka. Ona jest jak magazyn przechowujący doświadczenia, wiadomości, przeżycia... Wiele z nich kształtuje osobowość. Nie są to więc tylko wiadomości. Pamięć jest żywa, dlatego może wycisnąć z oczu łzy bólu i radości.

Jubileusze zawsze odwołują się do pamięci. One są układane ze wspomnień, jak piękny bukiet kwiatów. Chcąc ułatwić wydobycie z pamięci tego, co miało miejsce 50 lat temu postanowiliśmy utrwalić na papierze nasze wspomnienia z czasów licealnych. Okazało się, że mimo licznych wahań, co do sensowności wydawania takich notatek, na naszą prośbę o przysłanie swoich wspomnień odpowiedziało nadspodziewanie dużo kolegów i koleżanek. Tylko nieliczni postanowili zachować w tajemnicy to, co pamiętają. Wszystkim, którzy mieli odwagę i ochotę napisać o sobie, serdecznie dziękujemy.

Nasze wspomnienia są niepowtarzalne, mimo że często dotyczą tego samego wydarzenia. Każdy bowiem inaczej pamięta to, w czym uczestniczył ponad 50 lat temu. Szanujemy wypowiedzi, nic nie ujednolicamy, nawet pisowni, nie ustawiamy zebranego materiału według żadnych obiektywnych danych, bo to nie jest praca naukowa, to jest zapis wspomnień, w których rozpoznajemy znane nam rysy twarzy oraz serca naszych kolegów i koleżanek.

W rozesłanej ankiecie były postawione pytania o dalszych dziejach każdego z nas już po maturze. Jeśli bowiem spotykamy się po 50 latach, to chcemy nie tylko wiedzieć, co pamiętamy - mimo obecnej w naszych umysłach sklerozie - ale również, jakie dzieje mamy za sobą. Dziś wszyscy jesteśmy już bogatsi o pół wieku. Dziękujemy więc tym, którzy uchylili rąbka tajemnicy swoich życiowych sukcesów i klęsk, które tak naprawdę nie są klęskami, skoro rzeźbiły nasze serca. To pozwala spojrzeć na siebie, a nawet uścisnąć się, ze świadomością bogactwa tych minionych lat.

Nasze wspomnienia noszą tytuł „Kulig”, bo niewątpliwie to wydarzenie zadecydowało o dużej solidarności w naszych szeregach i odpowiedzialności za innych. Wspomnienia o tym wydarzeniu pojawiają się prawie we wszystkich wypowiedziach. Znak to czytelny, że odegrało ono dużą rolę w naszym życiu.

W drugiej części, w formie alfabetycznej zostały umieszczone wypowiedzi nadesłane do nas w odpowiedzi na ankietę. Zachowane zostały w formie podanej przez autora, stąd ich cenne i dość duże zróżnicowanie. Rozpoczynają się one od wykazu nazwisk naszej klasy wszystkich, którzy podeszli do matury w 1959 roku. Ponieważ wielu z nas zmieniało klasę, przechodząc z B do A, z C do A lub B przy każdym nazwisku zostały podane nazwy klasy VIII, IX, Xi XI.

Trzecia część naszych wspomnień obejmuje krótkie notki o kolegach i koleżankach, którzy już odeszli z naszych szeregów. Zostali jednak w naszych sercach i mamy wobec nich dług wdzięczności, bo nie ma spotkań z ludźmi, które by nie były twórcze. Trzeba dziękować Opatrzności, że i tak ma nas w swej opiece, bo przebić się w tak zwartej grupie przez pięćdziesiąt lat, walcząc z przeciwnościami losu, a zwłaszcza różnymi chorobami, graniczy z cudem.

Czwarta część Wspomnień dotyczy naszych „Zjazdów” organizowanych od 1989 roku co pięć lat. Ich krótki zapis sporządziła Bogda Hardek. W tej części najważniejsze są zdjęcia upamiętniające nasze spotkania.

Ostatnia część, to kartki z zachowanych dwu Pamiętników, jeden Bogdy Hardek, drugi Danuty Pędziwiatr. Zostały z nich wybrane wpisy, z uwzględnieniem tych, którzy już od nas odeszli. Całość pozostaje w oryginałach i jest do wglądu u właścicielek. Dodano także tekst wiersza Danusi Pędziwiatr dedykowanego w 1959 roku Marysi Matuszyk oraz ową pieśń, Szybko mijają chwile..., której autor w młodości był związany z Wadowicami. Znamy jej słowa, czasem napełnia smętkiem nasze serca, ale w naszych ustach z biegiem lat nabiera coraz więcej wartości. W jakiś sposób się w niej odnajdujemy.

Opracowanie dokumentacji fotograficznej wziął w swe ręce, od strony przygotowania jej do druku, Kazimierz Koczur, który należy do wyjątkowo utalentowanych artystów. Spogląda on na świat przez obiektyw aparatu fotograficznego, wnikliwie dostrzegając tajemnicze wymiary jego piękna, a w wielu wystawach i albumach przekazuje współczesnemu pokoleniu orędzie swego serca. Chwała mu za to.

Jak wszystkie tego typu publikacje na pewno i ta posiada szereg słabych punktów, ale w życiu nie wszytko jest doskonałe, a przecież jest to zapis naszego życia. Realizm, który jest ważnym rysem naszej klasy, pozwala spokojnie spojrzeć i na niedociągnięcia w tej publikacji. Jeśli są one wynikiem nieuwagi naszej Redakcji, z góry przepraszamy i żywimy nadzieję, że w imię koleżeństwa, zostaną nam przebaczone. Jeśli zaś trzeba będzie coś poprawić, to chętnie to uczynimy skoro jeszcze jest na to czas.

W imieniu zespołu redakcyjnego Edward Staniek


Zawdzięczamy im wiele


PROFESOROWIE


Kadra Liceum Ogólnokształcącego im. Marcina Wadowity w Wadowicach rok 1959


A było ich dziewiętnastu


Nie da się pisać wspomnień z lat szkolnych nie mając w świadomości grona Profesorów, zatroskanych o poziom naszej wiedzy i umiejętności, oraz o nasze charaktery, które w tych latach wymagały intensywnego szlifowania. Wprawdzie czasy licealne to już etap samowychowania, ale mądre oko wychowawcy jest w nim wyjątkowo cenną pomocą.

Rozpoczynamy więc nasze „Wspomnienia” od bardzo zwięzłego naszkicowania ich portretów. Jak wszyscy ludzie mieli swoje zalety i słabości, choć po latach słabości jakby zanikały w przestrzeni czasu, jaka została za nami, a ich zalety i mocne rysy osobowości jawią się przed nami coraz jaśniej.

Materiał został zebrany z dostępnych publikacji lub w oparciu o dokumenty przechowywane w archiwum. Celem tych notek biograficznych jest przypomnienie Profesora, aby umożliwić skojarzenie pewnych wspomnień związanych z jego osobą. Materiał więc stanowi punkt wyjścia do osobistych refleksji. Być może że każdy z nas mógłby coś dodać do portretu naszych Belfrów. Na pewno byłby to obraz żywy i barwny. Niektórzy w swych wspomnieniach to czynią, ale nie wszyscy.

Z perspektywy lat wyłania się przed nami grono ludzi bogatych w doświadczenia, wytestowane boleśnie w latach drugiej wojny światowej, a nie rzadko również i pierwszej. Byli w przeważającej mierze dobrymi fachowcami w zakresie przekazywanej nam wiedzy, a zarazem dobrze przygotowani do pracy dydaktycznej. To było pokolenie profesorów, które organicznie łączyło przekaz wiedzy z wychowaniem. Zawdzięczamy im wiele.

Za wszystkie uzupełnienia lub korekty podanych tu danych będziemy wdzięczni. Wychowywali nie tylko nas, lecz i wielu innych. Warto więc zadbać o to, aby pozostali we wspomnieniach naszych i wielu innych absolwentów - jako ci, którzy tworzyli dużą część historii naszego Liceum.


Prof. Kazimierz Foryś

Prof. Kazimierz Foryś (1906-1982) /Dyrektor LO 1954-1970/


Był najbardziej związanym ze szkołą dyrektorem. Urodził się bowiem w Gimnazjum 28 stycznia 1906 r. Jego ojciec Franciszek był tu przez wiele lat tercjanem i mieszkał w budynku szkolnym. K. Foryś tu zdał maturę w 1927 roku. W r. 1933 uzyskał tytuł magistra filozofii z zakresu filologii polskiej na podstawie pracy pt. „Studium o Czartaku”.

W roku szkolnym 1933/34 odbył w Gimnazjum praktykę pod kierunkiem prof. B. Babińskiego, od września 1934 r. został mianowany nauczycielem kontraktowym, rok później złożył egzamin nauczycielski. Przez dwa lata był pomocnikiem kancelaryjnym (sekretarzem) w Gimnazjum (1933-35). Do wybuchu wojny uczył tu - z przerwą w r. szk. 1936/37 (pracował wtedy w Dąbrowie Górniczej) - języka polskiego i propedeutyki filozofii oraz opiekował się kółkiem dramatycznym.

W latach 1933-39 współpracował z E. Zegadłowiczem w redagowaniu czasopisma „Wieś” oraz w akcji odczytów w środowiskach robotniczych i wiejskich. Był inicjatorem obchodów 25-lecia pracy literackiej piewcy Beskidu, członkiem Czartaka II, publicystą i trochę poetą. W czasie wojny był nauczycielem w Kleczy Dolnej, uczestnicząc równocześnie w tajnym nauczaniu w Wadowicach, Kalwarii, Kleczy i Rokowie.

Po wyzwoleniu Wadowic wrócił natychmiast do Gimnazjum i pracował tu do końca roku szk. 1948/49. W ostatnim roku był zastępcą dyrektora. Od września objął obowiązki dyrektora Liceum w Andrychowie, które pełnił przez 4 lata. Do Wadowic wrócił w r. 1953 i po roku pracy w charakterze nauczyciela został dyrektorem. Był nim 16 lat ucząc równocześnie języka polskiego i nauki o Polsce i świecie współczesnym. W tym czasie budynek został rozbudowany. Liceum przeszło reformę programową, a w stulecie jego istnienia nadano mu (z inicjatywy K. Forysia) imię E. Zegadłowicza.

W r. 1970 przeszedł na emeryturę, ale jeszcze przez dwa lata pracował na pół etatu jako polonista. Zmarł w 1982 roku.

W 1966 roku napisał opracowanie pt. „1866-1966. Krótka kronika istnienia i działalności szkoły” wydane w formie powielanej. Był autorem publikacji w prasie literackiej.


Zobacz: G. Studnicki, Dyrektorzy Gimnazjum i Liceum im. M. Wadowity w Wadowicach, wydane staraniem Stowarzyszenia Absolwentów LO im. M. Wadowity, Wadowice 2007, s. 12.


Franciszek Grzesio

Franciszek Grzesio (1905-1980)


Urodzony w Radoczy. Uczęszczał do Szkoły Ludowej w Radoczy i Podstawowej w Wadowicach. W Wadowicach zaliczył pięć klas Gimnazjum. Maturę zdawał w Warszawie w 1926 r. Absolutorium Uniwersytetu Warszawskiego w 1930 r. Pracował jako filolog klasyczny, Gimnazjum w Gostyninie (woj. warszawskie), w Grajewie (woj. białostockie). W latach 1930 i 1931 uczestniczył w wycieczkach naukowych do Grecji i Włoch organizowanych przez Koło Klasyków.

W 1939 r. ppor. WP walczył w obronie Warszawy. Po kapitulacji dostał się do niewoli niemieckiej, w latach 1939-1945 był więźniem oflagu II C.

Po wojnie 1946-51 pracował jako nauczyciel w Gimnazjum im. W. Witosa w Brzesku Nowym. W latach 1953-69 w Liceum Marcina Wadowity uczył języka łacińskiego, matematyki, historii i był opiekunem biblioteki. W latach 1951-54 uczył w Liceum w Andrychowie, 1966/67 w Szkole nr 4 w Wadowicach. Opiekun harcerzy w Wadowicach i koła Szkolnego OMTUR i Ligi Morskiej. Emeryt od 1969 r. Zmarł w 1980 r.

Żona pracowała w aptece.

Wiadomości zebrała M. Talaga. Zob. G. Studnicki, Cmentarz parafialny w Wadowicach, Wadowice 1997, s. 181.


Tadeusz Jamrozik (1935-)


Urodzony w 1935 r. w Ślemieniu. Ukończył Liceum Ogólnokształcące w Jordanowie i w 1958 r. Wyższą Szkołę Wychowania Fizycznego w Krakowie z tytułem magistra wychowania fizycznego i instruktora piłki siatkowej. Całe życie uczył w Wadowicach, w Liceum Ogólnokształcącym, w szkołach podstawowych nr 1 i 4, w Zasadniczej Szkole Budowlanej.

Pracował w ruchu związkowym, był prezesem Ogniska ZNP nr 4, założycielem i przewodniczącym NSZZ „Solidarność” w Liceum Ogólnokształcącym i Technikum Ekonomicznym, współorganizatorem i członkiem Klubu Inteligencji Katolickiej w Wadowicach. Od 1988 r. na emeryturze.

W biogramie wykorzystano tekst: G. Studnicki, Kultura fizyczna w wadowickim gimnazjum i Liceum po 1918 roku [w:] Wybrane problemy z najnowszych dziejów kultury fizycznej w Polsce (po 1918 roku), pod redakcją: E. Małolepszy, A. Nowakowski. M. Ponczka, wyd. Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Częstochowie, 1997, s. 83-84.


Janina Kasprzak (1925-)


Urodzona w roku 1925 r. w Gorzeniu Dolnym. Wojna zastała ją w Gimnazjum w Wadowicach. Skierowana do przymusowej pracy we dworze na Mikołaju, gdzie pracowała aż do wyzwolenia. Po wojnie w 1948 roku zdała maturę w naszym Liceum. Następnie ukończyła Studium Nauczycielskie o kierunku matematyczno-fizycznym. W 1950 r. rozpoczęła pracę w LO w Wadowicach jako nauczyciel Przysposobienia Wojskowego, a później Przysposobienia Obronnego, którą kontynuowała aż do roku 1990. W trakcie nauczania ukończyła Studium Wojskowe Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie. W latach 1961-1974 była opiekunką ZHP.

W roku 1965 pracowała dodatkowo w LO w Kalwarii Zebrzydowskiej. Jako nauczyciel pracowała w Technikum Ekonomicznym i w Zasadniczej Szkole Budowlanej. Otrzymała nagrody: Zasłużonego Nauczyciela, Wychowawca województwa bielskiego (1977); Nagrodę I stopnia za osiągnięcia w pracy dydaktycznej i wychowawczej przyznaną w 1980 roku przez Ministra Oświaty i Wychowania. W 1979 roku Kuratorium Oświaty i Wychowania w Bielsku Białej przesłało podziękowanie za kierowanie przez wiele lat zespołem samokształceniowym nauczyciela PO w Wadowicach, Suchej Beskidzkiej i rejonu. Pracę zawodową zakończyła w 1990 r.

Dane zebrała w rozmowie z P. Profesor Danuta Talaga w dniu 13.10.2008 r.


Świadectwo:

Z upływem lat coraz bliżej poznaje Panią Profesor. Dostrzegam łagodność, otwartość na drugiego człowieka, rzetelność w ocenie minionych dziejów naszej Szkoły. Już 5 lat spotykamy się w domu Pani Profesor na pogawędki i radosne sylwestrowe wieczory.

M. Talaga


Józef Kawaler

Józef Kawaler (1899-1988)


Urodzony w 1898 r. w Babicach. Absolwent naszego Liceum z roku 1918. Kończy w 1924 r. Państwową Szkołę Przemysłową w Krakowie. W latach 1924/25 uczył matematyki w Państwowym Gimnazjum IV im. H. Sienkiewicza w Krakowie. W latach 1925/27 w Gimnazjum należącym do Towarzystwa Szkoły Średniej w Kazimierzy Wielkiej. Studia Pedagogiczne na UJ ukończone w 1933 r.

W okresie okupacji przebywa na terenie Wadowic i prowadzi od 1 stycznia 1941 r. do 25 stycznia 1945 r. tajne nauczanie, potwierdzone przez Państwową Komisję Weryfikacyjną. Od 20 września 1945 r. uczył matematyki i fizyki w gimnazjum w Andrychowie.

Profesor Liceum i Gimnazjum w Wadowicach w latach 1946-1969. Uczył matematyki, fizyki, logiki, propedeutyki filozofii. Członek Polskiego Towarzystwa Matematycznego.

Zmarł w 1988 r. Spoczywa na cmentarzu parafialnym w Wadowicach.

W biogramie wykorzystano, Studnicki G., Cmentarz parafialny w Wadowicach, Wadowice 1997, s. 198.


Świadectwo:

Uczył nas matematyki w ki IX C. Bardzo inteligentny i subtelny. Fascynował mnie wiedzą i licznymi zainteresowaniami, które odkrywałam w czasie rozmów z nim przy kawie w „Lotosie” (ale to już po maturze).

M. Talaga


Stanisław Knapik

Stanisław Knapik (1908-1989)


Urodzony 2 lutego 1908 r. w Tarnawie Dolnej. Maturę w LO w Wadowicach zdał w 1929 roku. Magister historii na UJ w 1936 r. Brał udział w kampanii wrześniowej. Trafił do niewoli niemieckiej w okolicach Zamościa. Udało mu się zbiec i przedostać na Śląsk. Do końca wojny pracował jako robotnik. Już w lutym 1945 r. zgłosił się do pracy w Gimnazjum w Wadowicach.

Był człowiekiem spokojnym i wyrozumiałym. Uczył chłopców przysposobienia wojskowego i robił to z pasją.

Na emeryturze poświecił się swej wielkiej pasji jaką był jego sad. Lubił książki o tematyce przyrodniczej i historycznej. Zmarł 8.12.1989 r.

W biogramie wykorzystano dane: R. Krauzowicz, Wspomnienie 0 Stanisławie Knapiku, „Głos Podbeskidzia", 2(2007), s. 41


Franciszek Koman

Franciszek Koman (1902-1976)


Urodzony w Podkościelu, Dąbrowa k. Tarnowa. Syn Józefa, nauczyciela szkoły męskiej w Wadowicach. Absolwent Gimnazjum 1921 r. Studia na UJ w Krakowie, w zakresie biologii i chemii na Wydziale Filozoficznym w Latach Od 1932 r. zatrudniony jako nauczyciel w szkolnictwie powszechnym w Zebrzydowicach, Choczni i Wadowicach. W latach 1942-1945 nauczyciel szkoły rolniczej w Gdowie. 1945-1969 prof. Gimnazjum i Liceum w Wadowicach. Uczył chemii, był opiekunem biblioteki szkolnej i kółka chemicznego. Zmarł w 1976 r. i został pochowany w grobowcu rodzinnym na cmenatrzu w Wadowicach.

Opinia dyrektora K. Forysia: „Nauczyciel staranny, poukładany i bardzo pracowity. Spędza większość dnia w szkole. /.../ Członek Stowarzyszenia Demokratycznego, aktywny w pracach środowiskowych”.

Wiadomości zebrała M. Talaga.


Juliusz Kucharski (1905-1989)

Juliusz Kucharski (1905-1989)


Urodzony w 1905 r. w Wadowicach. Jego rodzina wywodziła się z inteligencji Krakowa. Absolwent naszego LO z roku 1930. Studia w Uniwersytecie Jagiellońskim na Wydziale Historii, ukończone z tytułem magistra w 1936 roku.

Po studiach początkowo uczył w naszym Liceum, a następnie przeniósł się do Przemyśla. Tam wojna przerwała jego pracę pedagogiczną. Wrócił do Wadowic i pracował przez lata okupacji w drukarni. Uczestniczył w tajnym nauczaniu.

Był twórcą Liceum dla Pracujących i przez 10 lat jego dyrektorem. W 1965 roku przeszedł na emeryturę. Wychował troje dzieci. Córka i najstarszy syn zostali lekarzami. Najmłodszy został nauczycielem języka polskiego.

Do końca dbał o kondycję ciała i ducha. Dużo czytał, doskonalił język niemiecki, W okresie letnim wędrował na Leskowiec, uprawiał codzienną gimnastykę.

Zmarł w 1989 r. i został pochowany w rodzinnym grobowcu na cmentarzu parafialnym.

Biogram opracowano w oparciu o materiał dostarczony przez syna Profesora - Leszka Kucharskiego, polonistę w Technikum Mechanicznym w Gorzeniu, za co jesteśmy mu bardzo wdzięczni.


Marian Michałek

Marian Michałek (1928- 2000)


Urodzony w Krzeszowie, gm. Stryszawa pow. Żywiec. Wojnę przeżył w rodzinnej wiosce pracując na roli. Po wojnie i śmierci ojca zamieszkał u matki w Wadowicach, która z resztą rodzeństwa spędziła w tym mieście czas wojny. LO w Wadowicach ukończył w 1949.

Studia na UJ. Wydział Matematyki-Fizyki-Chemii ukończył w 1955 r. Od 1952 do 1966 r. uczył w LO w Wadowicach fizyki i astronomii. Był Wychowawcą i Kierownikiem Internatu LO.

Na własną prośbę przeniósł się do Z. S. Zawodowej w Wadowicach i uczył w niej do 1992 r.

Wiadomości zebrała M. Talaga


Czesław Panczakiewicz

Czesław Panczakiewicz (1901-1958)


Urodzony w 1901 r. w Wadowicach. LO ukończył w 1919 r. Jednoroczny kurs abiturientów Akademii Handlowej w Krakowie 1922 r. Państwowy kurs Wychowania Fizycznego w Krakowie 1924 r. Absolutorium Wydziału Filozofii UJ 1926 r. Był członkiem Zarządu Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego i zajmował się zagospodarowaniem turystycznym Beskidu Małego. Z racji zawodu jako wychowawca fizyczny należał też do Tow. Gimnastycznego „Sokół”.

Dwukrotnie był żołnierzem 12. p. p., jako ochotnik walczył w wojnie polsko-bolszewickiej.

Z Gimnazjum związał się na całe życie. W latach 1954-58 był zastępcą dyrektora. W zakresie krzewienia kultury fizycznej i turystyki posiadał ogromne zasługi. Uczył gimnastyki, prowadził gry i zabawy, zajęcia w kole sportowym, nadzorował gabinet ćwiczeń cielesnych, opiekował się hufcem szkolnym, drużyną harcerską, samorządem, kółkiem fotograficznym. Organizował zawody, kursy, wycieczki. Był członkiem TG „Sokół”,

W okresie okupacji uczestniczył w tajnym nauczaniu. Po wojnie nadal działał społecznie, był Radnym Miejskiej Rady Narodowej w Wadowicach i jej przewodniczącym. Kierował odziałem PTT w Wadowicach, później PTTK, był członkiem powiatowego Komitetu Kultury Fizycznej. Zmarł mając 57 lat.

Wiadomości zebrała M. Talaga. Wykorzystano tekst: G. Studnicki, Kultura fizyczna w wadowickim gimnazjum i Liceum po 1918 roku [w:] Wybrane problemy z najnowszych dziejów kultury fizycznej w Polsce (po 1918 roku), pod redakcją: E. Małolepszy, A. Nowakowski. M. Ponczka, wyd. Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Częstochowie, 1997, s. 82.


Zbigniew Putyra

Zbigniew Putyra (1921-1992) / Wychowawca w kl. XIB /


Urodzony 28 października 1921 r. w Chochołowie. Naukę w wadowickim Gimnazjum i Liceum przerwała mu wojna światowa. Aby uniknąć wywózki na roboty do Niemiec - znalazł w czasie okupacji zatrudnienie w firmie prowadzącej między innymi roboty elektryfikacyjne w powiecie wadowickim. Fakt ten miał brzemienne skutki w jego dalszym życiu. Zdarzyło się, że przez jakiś czas pracował z firmą na terenie obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Po wojnie ta informacja dotarła do NKWD. Skoro pracował w Oświęcimiu, a nie był więźniem - to pewnie kolaborant. Zgodnie z logiką Enkawudzistów Z. Putyra został aresztowany, osadzony w więzieniu w Wadowicach, przewieziony do Nowego Sącza, a stamtąd pojechał na Syberię. Opowiadał o tym z wisielczym humorem. Kiedy modne były wyjazdy do ZSRS tzw. „pociągami przyjaźni”, Zbyszek kpił z tego okrutnie. „Jechałem jednym z pierwszych takich pociągów! Bez paszportu, bez dewiz... To nie to, co teraz!” (...)

Z. Putyra wrócił z łagru latem 1945 roku. Maturę zdał w Wadowicach dopiero w 1947 r. Po studiach rozpoczął pracę w Liceum Ogólnokształcącym w Andrychowie, a w latach 1955-1984 uczył w Liceum w Wadowicach.

Zdaniem Gustawa Studnickiego, Z. Putyra był serdecznym i życzliwym kolegą. Wszyscy go lubili i szanowali. Imponował pogodą ducha i ogromnie trzeźwym spojrzeniem na świat. Kiedy w latach tzw. realnego socjalizmu trwały dyskusje o ciągłych niedoborach rynku i zaostrzającym się kryzysie - diagnozował: „Dopóki nasi przyjaciele biorą od nas statki, a my im za to dajemy węgiel - tak będzie”. Na pytanie dotyczące szansy uwolnienia się od fatalnych pojałtańskich uwikłań, zwykł odpowiadać: „Co druga wojna ustaliła, zmienić może trzecia”. (...)

Życie nie szczędziło prof. Putyrze nieszczęść. Wylew krwi do mózgu i częściowy paraliż w latach siedemdziesiątych nadszarpnęły jego zdrowie. Jakoś z tego wyszedł i podjął pracę. W ostatnich latach uległ wypadkowi skomplikowanego złamania miednicy. Z trudem chodził o kuli. Załamała go śmierć jedynego syna w 1991 roku. Zmarł rok później. Pozostawił żonę Marię, emerytowaną profesorkę historii w wadowickim liceum. Uczyła w latach 1961-1974.

Biogram opracowano na podstawie maszynopisu G. Studnickiego w Biuletynie nr 8, Los absolwentów 1935-1937. Uzupełniono danymi zebranymi przez M. Talagę.


Stefania Raimannowa

Stefania Raimannowa (1904-1998)


Urodzona 4.04.1904 r. w Gorlicach. Maturę zdała w 1922 r. w Gorlicach. Studiowała na Wydziale Filozoficznym UJ polonistykę i historię, i zaliczyła Studium Pedagogiczne. W 1931 r. otrzymała dyplom nauczyciela Szkół Średnich. Rozpoczęła pracę w Żeńskim Seminarium Nauczycielskim w Jaśle (1926-1928). Zawarła związek małżeński z adwokatem dr Edwardem Rajma-nem w Wadowicach. Pracowała w Żeńskim Seminarium Nauczycielskim w Wadowicach - była dyrektorką w latach 1934-1936. W prywatnym Żeńskim Liceum i Gimnazjum w roku szkolnym 1945-1946. Pracowała w Liceum i Gimnazjum im. Marcina Wado-wity w latach 1946-1963, w Technikum i Liceum Ekonomicznym 1963-1971, w Kolegium Marianum na Kopcu 1959-1963, w Gimnazjum Ojców Karmelitów Bosych 1971-1979. W roku 1971 przeszła na emeryturę. W czasie wojny była robotnicą w Zakładach Tytoniowych w Krakowie-Czyżynach.

Była członkiem Stowarzyszenia absolwentów UJ i Związku Nauczycielstwa Polskiego. Działała w Komitecie Członkowskim PSS „Społem” w Wadowicach. Wychowała i wykształciła trzy córki - Barbarę, Annę i Marię. Absolwentki Liceum i Gimnazjum im. Marcina Wadowity. Była wdową od roku 1970.

Była nauczycielką z zamiłowania. Z poświęceniem i pasją realizowała się w pracy pedagogicznej, nawet kosztem życia rodzinnego. Kochali ją uczniowie, szanowali rodzice, cenili i honorowali przełożeni. Była wielokrotnie nagradzana. Odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Opracowano w oparciu o: Studnicki G., Sp. Profesor Stefania Raiman-nowa (1904-1998), Przebudzenie 8-9(1998), s 10.


Świadectwo:

„Każde przeżycie estetyczne to sięganie pamięcią do epok literackich, stylów, pisarzy i poetów, analiz ideowych i artystycznych ich utworów, które tworzą w umyśle obraz kobiety pięknej i eleganckiej, rozumiejącej mowę naszych serc i śmiejącej się tak, jak śmieją się ludzie szczęśliwi - taką postacią pozostanie na zawsze Pani profesor Stefania Raimannowa, z największą odpowiedzialnością nauczająca dziejów literatury polskiej i obcej”.

Henryk Ramęda, absolwent LO Wadowice 1960 w: Studnicki G., Śp. Profesor Stefania Raimannowa (1904-1998), Przebudzenie 8-9(1998), s. 11.


„Pani profesor niezwykle dbała o swój wygląd. Włosy miała zawsze starannie ułożone, ubierała się w dopasowane do figury kostiumiki, do tego eleganckie buty. Nigdy nie widziałam jej w wymiętym stroju. To była elegancka kobieta”

Janina Bernacik w: Renata Krauzowicz, Profesorka od kultury, Głos Podbeskidzia, 3(2007), s. 42.


WIX klasie Pani Profesor wyróżniła mnie zapraszając do obejrzenia sztuki teatralnej w TV. To było wielkie wydarzenie w roku 1957. Wówczas w Wadowicach było kilka telewizorów w kilkunastu tysięcznym mieście.

M. Talaga


Helena Rokowska z domu Kochanówna

Helena Rokowska z domu Kochanówna (1905-1987)


Urodzona w 1905 r. w Grzymałowie, pow. Skałecki, woj. lwowskie. Szkołę Podstawową ukończyła w Tarnopolu, a w 1925 r. Państwowe Gimnazjum Żeńskie im. Królowej Wandy w Krakowie. Studia na UJ w Krakowie. Dyplom magistra filozofii (język niemiecki).

Pracę pedagogiczną rozpoczęła w 1931 r. w Prywatnym Seminarium Żeńskim im. Asnyka w Krakowie. W latach 1934-1936 uczyła w Prywatnym Seminarium Żeńskim im bł. Kingi w Starym Sączu. Od 1936 r. do wybuchu wojny w Prywatnym Gimnazjum i Liceum Żeńskim w Wadowicach. Czas okupacji spędziła w Barwałdzie Średnim, pracując w tajnym nauczaniu pozostając w łączności z kierownictwem w Wadowicach. Małżeństwo zawarła w 1940 roku z Wiktorem Rokowskim, profesorem Gimnazjum im. Wadowity, absolwencie z roku 1930.

Od 1945 roku pracowała w Liceum w Wadowicach prowadząc nauczanie języka niemieckiego, polskiego i francuskiego. W 1961 roku przeszła na emeryturę.

Zmarła w 1987 r. i spoczywa na cmentarzu parafialnym Wadowicach.

Materiał zebrała M. Talaga. Zob. Studnicki G., Cmentarz parafialny w Wadowicach, Wadowice 1997, s. 245.


Halina Ryntflejsz (1906 -1986) / Wychowawczyni kl. YIII C, IX C /


Urodzona w 8.05.1906 r. w Siedlcach. Ukończyła państwowe Gimnazjum w Łomży w 1926 r. Studia na Uniwersytecie Warszawskim. Dyplom magistra filologii polskiej 1933 r. Dyplom nauczyciela szkół średnich w Wilnie 1938 r. Do roku 1939 pracowała w Gimnazjum i Liceum im. M. Wadowity w Wadowicach.

W czasie wojny w latach 1941-1944 pracowała jako urzędniczka w Białej Podlaskiej. Brała czyny udział w tajnym nauczaniu.

Od 1945 r. do 1969 r. w Gimnazjum i Liceum M. Wadowity w Wadowicach uczyła języka polskiego i rosyjskiego.

Zmarła w roku 1986 r. i została pochowana w mogile swej mamy. Nie ma nawet własnej tablicy na tym grobie.

W opinii wydanej dnia 8.12.1983 r. zapisano: „Należała do grona osób sumiennych i zdyscyplinowanych Sprawowała opiekę nad działalnością Szkolnego Koła PCK, była organizatorką konkursów i imprez poświęconych problematyce zdrowotnej i higienicznej. Wiele troski przejawiała o czystość i porządek w szkole. Była całkowicie oddana szkole, cieszyła się autorytetem tak wśród uczniów, jak i nauczycieli”.

Materiał zebrała M. Talaga


Maria Sarnicka (1907-1985)

Maria Sarnicka (1907-1985)


Urodzona w 1907 r. w Wadowicach. Szkoła podstawowa i średnia. Gimnazjum Humanistyczne im. A. Mickiewicza ukończyła w Krakowie. Studia na UJ w zakresie geografii 1926-1931 r. Dyplom magistra filozofii w roku 1931.

W 1931 r. podjęła pracę nauczycielki i wychowawczyni przy Państwowym Seminarium Żeńskim w Kętach. A w roku 1932 przeniosła się do Wadowic, gdzie objęła pracę w Prywatnym Gimnazjum Żeńskim im. Michaliny Mościckiej. Uczyła geografii i biologii dojeżdżając do Krakowa, gdzie uzupełniała studia na UJ w zakresie biologii.

W 1937 r. zawarła małżeństwo z Janem Sarnickim. Nie mieli własnych dzieci. Wychowała dwóch bratanków - Adam Grtiner (abs. 1960) i Krzysztof (abs. 1965).

Wybuch wojny zastał ją w Wadowicach. Podjęła nauczanie tajne. W lutym 1941 r. przeniosła się do Krakowa do swych krewnych i podjęła pracę jako kreślarka w Urzędzie Statystycznym do roku 1944. W krytycznych miesiącach pracowała w RGO (sklep, rozdział darów dla wysiedlonych Warszawiaków).

W 1945 roku wróciła do Wadowic i podjęła pracę w LO. Uczyła biologii, geografii, rysunku, higieny, wychowania plastycznego, opiekowała się Kółkiem Biologicznym i SSKT. Na emeryturę przeszła w 1972 r.

Zmarła w 1985 r. w Krakowie i spoczywa na Cmentarzu Rakowickim.

Materiał zebrała M. Talaga


Świadectwo:

Pani Profesor zawdzięczam uwrażliwienie na piękno przyrody, fascynację wędrówkami w góry i przewodnickie zainteresowania, które zrealizowałam po 20 latach od matury. Umiała dyskretnie pomóc w pokryciu 1/2 kosztów obozu wędrownego (2 tygodnie) w Górach Świętokrzyskich.

M. Talaga


Prof. Jan Sarnicki

Prof. Jan Sarnicki (1904-1985) / Wychowawca w kl. VIIIB, IXB i XB/


Urodzony w Brzesku. Mając 11 lat rozpoczął naukę w gimnazjum Wadowicach, gdzie przenieśli się rodzice. W 1920 r. jako ochotnik wstąpił do wojska. Maturę zdał w 1923 r. Studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wydział Filozoficzny ukończył w roku 1931. Po studiach pracował jako nauczyciel w prywatnym Gimnazjum im. T. Czackiego w Wilnie. Powrócił w 1934 roku do Wadowic i wiele lat poświęcił pracy w Gimnazjum i Liceum imienia Marcina Wadowity.

W czasie II wojny światowej przeszedł kampanię wrześniową. Internowany na Węgrzech przedostał się do Francji i tam służył w Armii Polskiej. Po kapitulacji Francji został ponownie internowany. W obozie jeńców w Iron (Gaskonia) porucznik Jan Sarnicki projektował i z żołnierzami wzniósł kapliczkę z wizerunkiem Orła Białego z mozaiką przedstawiającą wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej. Umieścili w niej napis: „Bogurodzica Dziewica - żołnierze Polscy 1941”.

1 lutego 1943 roku Jan Sarnicki został wywieziony do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, gdzie przebywał do 11 kwietnia 1945 r. Był to szczególnie trudny okres jego życia. Tu najmocniej nadszarpnięte zostały jego nerwy. Czasem wracał w prywatnych rozmowach do tego. Po zakończeniu wojny podjął ponownie pracę w Wadowickim LO i kontynuował ją do roku 1969 r. Uczył geografii, języka niemieckiego, rysunków. Dużo malował. Jego pasją była geologia. Zmarł w roku 1985. Grób na cmentarzu w Bielsku-Białej.

Biogram opracowano na postawie artykułu Z. Rucha w: Przebudzenie (2004) i uzupełniono materiałem zebranym przez M. Talagę.


Świadectwo:

Profesor zwracał uwagę na znajomości geologii Beskidu Małego oraz wszystkiego, co wiązało się z rzeką Skawą. Wyróżniał uczniów pracowitych i zainteresowanych tym, co tłumaczył i pokazywał.

M. Talaga


Maria Krystyna Strzałkowska-Zaczyńska

Maria Krystyna Strzałkowska-Zaczyńska (1910-2004)


Urodzona 7 sierpnia 1910 r. w Sosnowcu jako córka Jacka Bronisława Strzałkowskiego i Józefy z Gadomskich. Po ukończeniu szkoły średniej (egzamin dojrzałości 1930 rok - Państwowe Gimnazjum Żeńskie humanistyczne im. E. Plater w Sosnowcu), studiowała w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego na Warszawskich Bielanach, który ukończyła w 1934 r. Podjęła pracę w Gimnazjum im. A. Osuchowskiego w Cieszynie (1.09.1934-1.09.1939). Równocześnie działała w Przysposobieniu Wojskowym Kobiet dla Obrony Kraju. W okresie tzw. Kryzysu Monachijskiego w 1938 r., podjęła działalność wywiadowczą na rzecz Rzeczypospolitej w grupie komisarza Edwarda „Nowiny” Zaprzalskiego, przygotowując akcje polskiej Organizacji Bojowej na Zaolziu. Od 20 września kierowała stworzoną przez siebie siecią wywiadowczą, złożoną w większości z mieszkańców Zaolzia. Za wybitne zasługi położone w tej działalności została w grudniu 1938 roku odznaczona jednym z najwyższych odznaczeń wojskowych RP, Medalem Niepodległości.

Jeszcze przed wybuchem wojny wyszła za mąż za Romana Zaczyńskiego, oficera 4 pułku strzelców podhalańskich z Cieszyna, żołnierza, który po chlubnym udziale w Kampanii Wrześniowej 1939 roku nagrodzony został orderem Virtuti Militari. Był jednym z pierwszych konspiratorów Związku Walki Zbrojnej, a później Armii Krajowej na Ziemi Wadowickiej i Krakowskiej.

Mimo obowiązków rodzinnych dzieliła z nim koleje pół legalnego i nielegalnego konspiracyjnego życia, z trudem dostosowała się do powojennej egzystencji.

Po zakończeniu wojny i krótkiej pracy nauczycielskiej (1.10.1945 - 31.10.1946 r.) w Chrzanowie, osiadła na stałe w Wadowicach. Jako profesorka, w LO uczyła od 1947 do 1970 r.

Odznaczona w 1973 r. Złotą Odznaką Związku Nauczycielstwa Polskiego; w 1982 r. Złotym Krzyżem Zasługi; w 1990 r. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Wiadomości przekazała córka Pani Profesor — Krystyna Zaczyńska. Zob. Siwiec-Cielebon M., Maria Zaczyńska odeszła na wieczną wartą, Wiadomości Powiatowe, 11(2004).


Świadectwo

Poznałam Panią Profesor [M. Zaczyńską] 55 lat temu, kiedy to z mamusią i moim rodzeństwem zamieszkaliśmy w Wadowicach.

Przez te wszystkie lata niosę w sobie uczucie wielkiej wdzięczności za podaną nam przyjazną dłoń w trudnych warunkach życia, mimo że jej też było ciężko.

Mieszkanie na drugim piętrze przy ul. Żwirki i Wigury było otwartym ciepłym życzliwym domem dla koleżeństwa dzieci i koleżanek profesorek Marii Sarnickiej, Haliny Ryntflejsz, Józefy, Marty, Marii Putyra. Spędzaliśmy wiele godzin w tej wielopokoleniowej rodzinie, która była przykładem harmonijnego życia. Atmosfera tej rodziny była niewątpliwie zasługą śp. Pani Profesor (tak oceniam po latach). Kobiety wielkiego serca, ogromnej kultury bycia, skromnej i pokornej kobiety - Matki, pełnej głębokiej, bezbrzeżnej wierności dla swojego Boga, swojej wiary, swojej rodziny, swoich przyjaciół i wszystkich ludzi.

Była znana, szanowana i kochana przez kilkadziesiąt roczników maturzystów LO w Wadowicach Z radością uczestniczyła w rocznicowych spotkaniach, ubogacając nasze serca. W tym roku (2004) w naszym majowym spotkaniu nie uczestniczyła. To my odwiedziliśmy Panią Profesor, sprawiając radość w jej gasnącym już życiu.

Wierność i troska o ludzi w nieszczęściu były jej wielkim świadectwem miłości bliźniego. Mimo podeszłego wieku znajdowała czas, by spotykać się, odwiedzać chorych kolegów Profesorów i pomagać w potrzebie.

Zamykam oczy i czuję jej miłość i przytulenie do serca, jej współczucie, które nam okazała po śmierci naszej mamusi.

Zostawiła nam w spadku współczucie i miłość, a my zachowamy Ją w swoich umysłach i sercach.

Dziękujemy Bogu za naszą Panią Profesor.

Maria Talaga
Przedruk: Wspomnienie o Pani Profesor Marii Zaczyńskiej, Bazylika, Tygodnik Parafii Ofiar. NMP w Wadowicach, z dnia 21 listopada 2004 r.


Tadeusz Śmieszek (1907-1989)

Tadeusz Śmieszek (1907-1989)


Urodzony w Frydrychowicach w 1907 r. Absolwent Gimnazjum w Wadowicach z roku 1929. Egzamin filozofii w zakresie filologii klasycznej złożył na UJ na Wydziale Filozoficznym w 1931 roku. Dodatkowo egzaminy: z encyklopedii nauk prawniczych, z ekonomii, z towaroznawstwa nieorganicznego, z geografii gospodarczej, z prawa handlowego.

Brak dokumentacji z lat okupacji. W 1947 roku zawarł związek małżeński z Władysławą Woźniak i adoptował syna Jana swej zamordowanej w Oświęcimiu siostry.

W LO, w latach 1946-1958 uczył języka polskiego, łaciny, angielskiego, wiedzy o Polsce i świecie współczesnym, nauki o Konstytucji, logiki, historii. Przez 12 lat do 1958 r. był kierownikiem bursy W liceum opiekunem ZHP i ZMP, ZMS. Sekr. POP. W 1959 r. zastępcą dyrektora.

Profesor uczestniczył intensywnie w życiu społecznym. Członek Powiatowej Rady Narodowej, wiceprzewodniczący Pow. Rady Naród, w Wadowicach. Otrzymał dyplom za pracę przy wyborach do Sejmu Ustawodawczego oraz Srebrny Krzyż Zasługi za pracę w Radzie Narodowej.

Zmarł w 1989 r. i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Wadowicach.

Materiał zebrała M. Talaga. Zob. Studnicki G., Cmentarz..., s. 261.


Ks. Dr Edward Zacher

Ks. Dr Edward Zacher (1903 -1987)


Urodzony 1903 r. w Jaworznie. Wyświęcony na kapłana 25.09.1927 r. Skierowany na studia teologiczne do Rzymu. Doktorat z teologii 1927 r.

1929-1932 wikariusz i katecheta w Zakopanem.

Do Wadowic przybył w grudniu 1932 r. i pozostał do końca życia, pełniąc kolejno funkcje prefekta (katechety) miejscowego Gimnazjum oraz opiekuna Sodalicji Mariańskiej, administratora, proboszcza i dziekana Wadowickiego. Prefekt Gimnazjum 1932-1939; 1945-1955; 1957-1960. W latach 1932-38 był nauczycielem religii Karola Wojtyły. Przez pewien czas kierował amatorskim teatrem w Domu Katolickim. Swemu wielkiemu Wychowankowi towarzyszył w najważniejszych momentach jego życiowej drogi w służbie Bogu. Kapłan o rozległej wiedzy, energii, gorliwy duszpasterz należał do inicjatorów i organizatorów Muzeum w rodzinnym Domu Papieża. Mianowany Pronotariuszem Apostolskim czyli Infułatem.

Więcej danych o Księdzu Infułacie podają: Gil Cz., Życie religijne w Wadowicach 1918-1939, Nasza Przeszłość, t. 100(2003), s. 18-19; Siłkowski Z., Z kart historii. Ks. Infułat dr Edward Zacher. Wspomnienia uczniów, cz. I, Przebudzenie 25(1996), s. 13; Wspomnienia uczniów cz. II, tamże 27-28(1996), s 21; Suder K, W dziesięciolecie śmierci ks. Inf Dr Edwarda Zachera, proboszcza i dziekana parafii Ofiarowania NMP, tamże 37(1997), s. 32;


TYLE ZOSTAŁO W NASZEJ PAMIĘCI

Ważna lista

Do naszych „Wspomnień” wprowadza lista tych, którzy w klasie XI B w 1959 roku podeszli do matury Lista została sporządzona w oparciu o dane zachowane w Archiwum LO im. M. Wadowity. Jest ona potrzebna, by dostrzec kilka elementów decydujących o krystalizowaniu się naszej koleżeńskiej świadomości, do której wracamy pamięcią po 50 latach.

Z trzech klas ósmych, ostatecznie zostały po klasie IX dwie. Z klasy B odpadło najwięcej uczniów. Zostało bowiem tylko ośmiu. Klasę XI B w dużej mierze tworzyli uczniowie z kl. VIII C. Oni też decydowali o profilu klasy maturalnej. Głównie czynili to koledzy i koleżanki pochodzący z Wadowic.

Druga uwaga dotyczy siły integracyjnej. Zasadniczo przeżycia w kl. X zadecydowały o zwarciu szeregów i o scementowaniu klasy. W krótkim czasie udało się stworzyć zespół koleżeński o stosunkowo dużym stopniu solidarności. Na pewno zainteresowani budową środowiska mogliby znaleźć sporo ciekawego materiału w naszych wspomnieniach.

Wykaz pozwala też wspomnieć tych, do których nie udało się nam dotrzeć, lub tych, którzy po latach nie są zainteresowani „Wspomnieniami”. Szanujemy ich postawę i darzymy nadal koleżeńską serdecznością.

Wspomnienia zostały bez retuszy Rozbieżności w tym co pamiętamy świadczą o autentyzmie przeżyć. Cieszymy się zarówno z tego, co wspólnie przeżywaliśmy przed pół wiekiem i z tego, co zostało jako rąbek tajemnicy odsłonięte z późniejszych lat naszego życia.

Klasa maturalna XI B w 1959.

Wykaz w oparciu o dokumentację z archiwum klas od VIII do XI.



Jolanta Bania-Zabawa

Jolanta Bania-Zabawa

Urodzona 8 czerwca 1941 r. w Warszawie. Szkoła Podstawowa im M. Konopnickiej w Wadowicach.

Czasy licealne

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Bogusia Hardek, Danusia Kot, Marysia Cebula, Wacek Mielnicki. Najbardziej nie lubiany przedmiot:

Geografia nie przemawia do mnie. Stałe kontakty z kolegami i koleżankami:

Wspólne wakacje z Bogusią Zając w Jaszczurowej-Jamnik.


Po maturze

Rodzina:

Małżonek Ryszard Zabawa. Córka Joasia i wnuczek Mikołaj.

Studia:

Wydział Matematyczno-Fizyczno-Chemiczny. Dyplom w 1967 r. Praca zawodowa:

Politechnika Śląska. Wykładowca w Instytucie Fizyki na Wydziale Matematyczno-Fizycznym.

Publikacje (15) jako współautor. Mam wkład w badania dotyczące własności półprzewodników. Emerytura od 2006 r.

Kłopoty ze zdrowiem:

Znaczne. Kłopot z chodzeniem. Pomagam sobie laską. Kłopot z kręgosłupem i krążeniem.

Ulubione zajęcia:

Dużo czytałam i czytam. Zwiedzanie ciekawych miejsc, spotkania towarzyskie.

Podróże:

Dawniej stałe wyjazdy celem zwiedzania łącznie z USA.

Maksyma życiowa:

Być uczciwym i mieć serce.

Sukcesy:

Wychowanie córki (doktor, Inżynier Architektury).

Udane, spokojne życie rodzinne.

Wspomnienia.

Duża satysfakcja z pracy dydaktycznej ze studentami; ciekawe spotkania z ludźmi nauki, konferencje, seminaria. Stale nauka. Pogłębianie wiadomości, przygotowanie się do zajęć ze studentami.


Helena Gajda

Helena Gajda

Urodzona 26 lutego 1941 r. w Przemyślanach. Szkoła Podstawowa w Przemyślanach woj. Lwów.

Czasy licealne

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Maria Talaga, Anna Putek, Helena Michalska.

Najwyżej ceniony profesor:

Chemia, prof. Koman.

Najbardziej nie lubiany przedmiot:

Geografia. Niesprawiedliwe oceny i nieludzkie podejście do ucznia.

Najboleśniejszy dzień w Liceum:

Otrzymanie stopnia dostatecznego z geografii na świadectwie maturalnym mimo wielu próśb.

Najradośniejszy dzień:

W 1957 roku przyjęłam Pierwszą Komunię Świętą w Kaplicy Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Kościele Parafialnym w Wadowicach.

Koledzy:

Cenię Marysię Talagę, bo dużo pracuje charytatywnie.

Pamiątki:

Różaniec, świadectwo maturalne, zdjęcia.

Wspomnienia o profesorach:

Mam przyjemne wspomnienia o prof. Komanie i prof. Putyrze. Mniej przyjemne o prof. Sarnickim.

Kulig:

Nie brałam udziału w kuligu. Przeniesiono mnie za karę na czas zawieszenia nauki do klasy XA.

Wiadomości o kolegach:

Wiem o śmierci niektórych kolegów, ale ich losów nie znam.

Stale kontakty z kolegami i koleżankami:

Maria Talaga, Anna Putek, Helena Michalska, spotkania absolwenckie i sporadyczne w Wadowicach.

Po maturze.

Smutki rozstań:

Mama umarła mając 55 lat we wrześniu 1974 r., babcia mając 96 lat w roku 1981.

Studia:

Magister Filologii Rosyjskiej na WSP w Krakowie. Pięć Studiów Podyplomowych i wiele kursów.

Praca zawodowa:

Nauczyciel w Szkole Podstawowej w Rzozowie gm. Skawina. Emerytura od 2007 r.

Kłopoty ze zdrowiem:

Choruję na zwyrodnienie stawów, mam kłopoty z kręgosłupem.

Maksyma życiowa:

Bezinteresowna dobroć i miłość. Moim patronem od naśladowania jest św. Franciszek z Asyżu.

Sukcesy:

Wytrwałość w 40-letniej aktywnej pracy nauczycielskiej przy tablicy

Działalność społeczna:

Radna Dzielnicy VIII w Krakowie. Wieloletni Ławnik oraz Kurator sądowy. Członek w Zarządzie NSZZ „Solidarność”. Z nagród: Srebrna Odznaka Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”.


Bogumiła Hardek-Zając

Bogumiła Hardek-Zając

Urodzona 4 listopada 1941 r. w Wadowicach. Szkoła Podstawowa nr 2 im. Marii Konopnickiej w Wadowicach, ul Sienkiewicza 7.

Czasy licealne.

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Jola Bania, Danuta Kot, Maria Talaga, Baśka Chrapla, Barbara Sołtysik, Alicja Grabowska, Maria Cebula, Kazimierz Zając, Krzysiek Cembrzyński, Leszek Bogunia, Jerzy Włoch.

Najwyżej ceniony profesor:

Prof. Grzesło. Uczył mnie tylko w pierwszej klasie, ale został autorytetem z tego powodu,.że wspaniale wykładał, był grzeczny, a zarazem wymagający. Umiał zachować spokój w klasie i nigdy nikogo nie poniżał.

Najbardziej nie lubiany przedmiot:

Matematyka i fizyka, oraz częściowo chemia. Nie lubię przedmiotów ścisłych.

Bolesny dzień w Liceum:

Rozwiązanie klasy po słynnym kuligu. Zarządzeniem prof. Panczakiewiecza nasza klasa X B została rozwiązana. My po zawieszeniu nad dwa tygodnie mieliśmy być przeniesieni do różnych klas i szkół.

Najradośniejszy dzień w Liceum:

Ukończenie szkoły. Zdanie matury i wspaniały komers na sali gimnastycznej w naszym Liceum.

Kilka zdań wspomnień o kolegach i koleżankach:

Do najbliższych koleżanek i kolegów od pierwszej klasy należała: Jolanta Bania, Danka Kot, Marysia Cebula, Ala i Monika Grabowskie, a z równoległej klasy A: Barbara Sołtysik, Barbara Chrapla, Janka Banaś, „Sojki”, tzn. Krystyna Zaczyńska, Paździora oraz Zosia Poradzisz, zaś z chłopaków: Kazek Zając, Rafał Piotrowski, Leszek Bogunia, Wacek Miel-nicki, Kazek Koczur. W naszej klasie kolegami byli Krzysiek Cembrzyński i Jurek Włoch, któremu wyjadałam drugie śniadanie, oraz Zbyszek Jutka.

Pamiętam, że cała klasa VIII C była miła, ale po pierwszej klasie znów nas pomieszano i dopiero w X B tworzyliśmy już zwartą paczkę. Wielu było kolegów i koleżanek, których lubiłam np. Ewa Jakubowska, Marysia Talaga, Danusia Pędziwiatr, ale z tymi, które wymieniłam z nazwiska spotykałam się również po szkole i chodziliśmy z dziewczynami i chłopakami do kina czy też na jakąś prywatkę.

Pamiątki:

Mam pamiętnik z klasy XI i kilka zdjęć.

Wspomnienia o profesorach:

Chociaż byłam słabą uczennicą z matematyki i fizyki, i strachem napawały mnie te lekcje, to nie mogę powiedzieć, że nie lubiłam prof. Zbigniewa Putyry. Na pewno bardzo lubiłam prof. Zaczynską (dostałam nawet od niej list polecający na AWF - ale z niego nie skorzystałam), lubiłam też Kasprza-kową. Nie bardzo lubiłam prof. Śmieszka, Michałka, bo bił dziennikiem po głowie, niby żartem, ale to całkiem bolało. Profesor Sarnicki był naszym wychowawcą, aż do pamiętnego kuligu na który uciekliśmy. W czasie wakacji zabierał nas, tzn. Ninę Duszyńską, mnie, Krzyśka Cemrzyńskiego i Kazka Zająca na wycieczki po skamieliny w okolicach Wadowic.

Kulig:

Kulig pokazał jak zgrana była nasza klasa. Nie wyłamali się nawet ci, którzy na nim nie byli, chociaż ponieśli konsekwencje i nikt nie dowiedział się, kto był organizatorem tego wagarowania.

Wiadomość o innych kolegach:

W klasie XI po próbnej maturze zmarł Romek Mroczyński, była to pierwsza śmierć rówieśnika, więc bardzo to przeżywałam razem z jego sympatią Danusią Pędziwiatr. Dzisiaj po tylu latach przybyło nam wiele nazwisk zmarłych kolegów i koleżanek. Zmarł Józek Żmija, Roch Kowalski, Emil Handzlik, Wacek Mielnicki, Jasiu Janik. Zostaną zawsze w moich wspomnieniach.

Stale kontakty z kolegami i koleżankami:

Z wielu koleżankami i kolegami spotykam się bardzo często. Z Jolantą Banią-Zabawą spotykam się na działce na Kozińcu, gdyż tam ma obok mojej działki domek. Zaś po drugiej stronie ma domek letni Zosia Poradzisz-Majcherska. Do mnie co lato przyjeżdżają w lecie Ewa i Leszek Boguniowie, odwiedzają nas Krystyna Paździora-Juszczyk, Rafał Piotrowski z żoną, Ziuta i Zbyszek Jutkowie. Z Marysią Talagą spotykam się przy ważnych uroczystościach organizowanych przez Stowarzyszenie Absolwentów Liceum Ogólnokształcącego im. M. Wadowity w Wadowicach.

Po maturze.

Rodzina:

Moim mężem jest kolega z klasy A, Kazimierz Zając. Ślub wzięliśmy 23 kwietnia 1962 roku w Wadowicach. Mamy trzech synów: Mirka, Jacka, Grzegorza i jak na dziś mam sześcioro wnucząt. Cały czas pracowałam, a teraz jestem emerytką i razem z mężem całe lato spędzamy na Kozińcu. Specjalnych osiągnięć nie posiadani, jak tylko zwyczajne życie, którego radością jest moja rodzina. Ze względu na stan zdrowia w 1990 roku przeszłam na rentę, a po ukończeniu 55 lat na emeryturę (1996 r.). Mam kłopoty ze zdrowiem: jaskra, zwyrodnienie kręgosłupa, kłopoty z sercem. W ostatnich latach mąż mój przeszedł zawały, założenie stenów, a w ubiegłym roku złamanie nogi i usunięcie nerki. Przez długi czas opiekowałam się mamą, która zmarła mając 94 lata w listopadzie 2007 r. Tata odszedł do Pana trzydzieści lat temu.

Ulubione zajęcia:

Wycieczki, podróże i czytanie książek. Kiedy pracowałam wyjeżdżałam do ZSRS: Moskwa, Gruzja, a później: Budapeszt, Balaton, Praga, Francja, Hiszpania, Turcja, Dania, NRF, Szwecja Włochy. Jako emerytka wyjeżdżam najczęściej na Słowację do Orawicy, gdyż pomagają mi siarkowe wody lub do polskich sanatoriów: Jaworze i Goczałkowice, gdzie dobrze się czuję.

Maksyma życiowa:

Ciesz się życiem z każdego dnia; żyj dobrze i daj innym żyć w spokoju. Jeśli możesz pomagaj innym i nikomu nie szkodź.

Sukcesy:

Małżeństwo, urodzenie trzech synów i przyjaźnie, które zostały do dziś z koleżankami i kolegami.

Kontakty z Liceum Ogólnokształcącym w Wadowicach:

Należę do Stowarzyszenia Absolwentów naszego Liceum.

Wspomnienia:

W klasie IX znalazłam się w klasie B, ale już z Jolą Banią, Danką Kot, Marysią Cebulą, Marysią Talagą, Kazią Madej, Anią i Moniką Grabowskimi. Z tamtego okresu pamiętam, że bardzo podobały mi się wieczorki organizowane przez starsze klasy na terenie szkoły. Nasza klasa X i XI, to była już dobrze zgrana paczka. Świadczyć o tym mogą różne wagary, a zwłaszcza nieudany kulig. Nikt się nie dowiedział, kto był organizatorem tej wyprawy, niewskazanej ze względu na marną pogodę.

Jednym z moich wybryków było obrażenie się na ks. Prof. Edwarda Zachera, za jakąś zrobioną mi uwagę na lekcji i zaprzestanie przez kilka kolejnych lekcji, uczestniczenia w nich. Rodzina moja była bardzo katolicka. Zbliżał się koniec roku, a ja nie wyobrażałam sobie, że mogę nie przynieść rodzicom świadectwa z religii. Z duszą na ramieniu, po dłuższej nieobecności, przyszłam na lekcję religii myśląc sobie: no to teraz profesor da mi popalić. Profesor Zacher ze swoistym humorem, kazał całej klasie powstać i zmówić modlitwę za owieczkę, która wróciła do stada i na tym się skończyło. Nie wrócił do tego ani jednym słowem.

Inny incydent przypominam sobie z okresu, gdy naszym wychowawcą był prof. Sarnicki. Oglądając nasze wypracowania z geografii - a była to jakaś niezbyt starannie wykonana mapka - zapytał co to jest? Odpowiedziałam, że mapka, głupio się uśmiechając. Profesor kazał mi iść klęczeć do kąta. Wtedy ja jeszcze bardziej się uśmiechnęłam i zostałam wyrzucona za drzwi.

Potem było mi bardzo głupio. Kiedy latem profesor zabrał nas na wycieczkę po skamieliny i robienie szkiców, opowiedział nam trochę o swoich bardzo przykrych przeżyciach w obozie w czasie wojny. Zrozumiałam, że miał poszarpane nerwy, a my nie byliśmy najgrzeczniejszą klasą. Po kuligu profesor Sarnicki zrezygnował z wychowawstwa w naszej klasie i na jego miejsce wychowawcą został prof. Zbigniew Putyra.

Bardzo lubiłam, gdy prof. Rajmanowa zabierała część naszej klasy do teatru Słowackiego, do Krakowa, na różne teatralne sztuki.

Studniówkę mieliśmy w Domu Kultury na małej sali, oczywiście obowiązkowo w białych bluzkach i granatowych spódniczkach. Za to komers odbywał się już na sali gimnastycznej naszego Liceum. To była już prawdziwa rewia mody, różne barwy i fasony, i wspaniała zabawa, aż do rana.

Po zabawie poszliśmy prosto do kaplicy na Mszę świętą o 8.00 rano. Zresztą przypominam sobie, jak wszyscy, w każdą niedzielę, uczęszczaliśmy na Mszę świętą rano o 8.00 do kaplicy, a po niej ks. Włodyga uczył nas ze swoimi skrzypkami, pieśni kościelnych. Nikt się od tego nie wykręcał i do dziś umiemy śpiewać. Myślę, że teraz tego dzieciom i młodzieży brakuje i nie zastąpią tego żadne śpiewające grupy.

To było bardzo dobre Liceum. Jestem dumna, że do tej szkoły chodziłam.


Józefa Janik-Witek

Józefa Janik-Witek

Urodzona 9 grudnia 1941 r. w Wadowicach. Szkoła Podstawowa nr 2 w Wadowicach.

Czasy licealne.

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Janina Tatar — wspólna ławka. Anka Putyra i Kazia Matuszyk - ławka obok. Najwyżej ceniony profesor:

Prof. Zbigniew Putyra. Nasz wychowawca. Doskonale się z tej roli wywiązywał. Najbardziej nie lubiany przedmiot:

Przysposobienie wojskowe i biologia. Nie lubiłam pań uczących tych przedmiotów.

Bolesny dzień w Liceum:

Dzień kuligu. Nie zgodzono się na to, abyśmy wzięli w nim udział. Dlaczego? Niestety już nie pamiętam.

Najradośniejszy dzień w Liceum:

Zdanie matury. Wcześniej „studniówka” - niezapomniane wspomnienia.

Koledzy, koleżanki:

Pamięta się już niewiele. W okresie nauki w Liceum towarzyszyła mi moja najbliższa koleżanka Jaśka Tatar. Niestety w tej chwili nie mam z nią kontaktu (wyjechała do Ameryki). Razem chodziliśmy do Anki Putyry i Heleny Michalskiej, które mieszkały na stancji u pani Rajdowej.

Oczami wspomnień widzę Ludwika, który chętnie przebywał w towarzystwie dziewcząt. Widzę Bogdę Hardek, żywą dziewczynę, której wszędzie było pełno, a także cichego, spokojnego Edzia S.

Wspomnienia o profesorach:

Bardzo miło wspominam prof. Z. Putyrę, jednego z naszych wychowawców. Wielkim autorytetem był dla mnie prof. Grzesło.

W mojej życzliwej pamięci zachowałam też osobę p. Zaczyńskiej, p. Knapika, p. Ryntflejsz, dyrektora Forysia, „Cioci” Rokowskiej - nauczycielki niemieckiego.

Kulig:

Przykre wspomnienie. Mogło się to skończyć bardzo źle.

Po maturze.

Rodzina:

Małżonek Jan Witek. Syn Mirek, pasjonat informatyki. Pracuje w tym zawodzie. Ma dwie córki, nasze wnuczki, które są naszą wielką radością.

Smutki rozstań z najbliższymi:

W r. 1963 straciłam mojego przyrodniego brata Zbyszka. W 1971 r. odszedł najwspanialszy człowiek, mój najukochańszy TATO, człowiek, który mnie rozumiał, był dla mnie przewodnikiem i podporą.

Praca zawodowa:

Trzydzieści pięć lat pracy na stanowisku pracownika administracji w Szkole Podstawowej nr 4 w Wadowicach. Od grudnia 1996 r. jestem szczęśliwą emerytką.

Podróże:

Tylko po Polsce.

Maksyma życiowa:

Cieszyć się każdym dniem przeżytym w zdrowiu.


Kazimierz Koczur

Po maturze.

Rodzina:

Mam wspaniałą i kochającą Rodzinę: Córki Martę i Agnieszkę, oraz syna Krzysztofa. Doczekałem się sześciorga wnuków.

Praca zawodowa:

Od 1972 r., przez 30 lat pracowałem w Domu Kultury w Wadowicach. Od 2002 r. jestem na emeryturze.

Ulubione zajęcia:

Z fotografią, która stała się moją pasją ponad pół wieku temu, nadal się nie rozstałem. Tyle, że od czterech lat bawię się grafiką komputerową, a obrazki, które „popełniam”, umieszczam na swojej stronie internetowej.

Kocham spacery i wędrówki górskimi szlakami, w czym wiernie z równą miłością do plenerowych wypraw, towarzyszy mi żona.

Maksyma życiowa:

Humor to najlepszy pas ratunkowy na oceanie życia.

Wspomnienia.

„Teofil”.

Rysunku w Liceum uczył nas prof. Sarnicki. Pracę nad każdym rysunkiem wieńczyć miało wykonanie tabelki opisowej wykonanej wg obowiązujących norm. Musiała ona zawierać tytuł, datę wykonania oraz imię, i nazwisko wykonawcy.

Na jednej z lekcji prof. Sarnicki wyrysował pięknie wzorzec owej tabelki, wpisał pismem technicznym tytuł rysunku i datę wykonania. Przy rubryce „WYKONAWCA” zawahał się, spojrzał na klasę, zatrzymał wzrok na mnie i ... wpisał wykonawcę: TEOFIL KOCZUR.

Klasa oczywiście ryknęła śmiechem - i tak otrzymałem nowe imię Teofil, które funkcjonowało od tego czasu, aż do matury.

„Matura z fizyki”.

Profesor Putyra zawsze był dla mnie ideałem metodyka i pedagoga. Miał autorytet i budził respekt, ale mimo to nie tworzył dystansu między sobą, a uczniami, i miało się do Niego zaufanie. A co najważniejsze - potrafił przekazać wiedzę. Umiał uczyć.

Chyba na trzy miesiące przed maturą trzeba było zadeklarować, jaki przedmiot dodatkowy wybiera się do zdawania na maturze. Z naszej klasy fizykę wybrało nas troje: Jola Bania, Edziu Staniek i ja. O ile pamiętam - z początkiem marca zaczęły się w szkole dodatkowe zajęcia w grupach z poszczególnych przedmiotów wybranych przez uczniów. Nasza trójka spotkała się z prof. Putyrąna pierwszych takich konsultacjach i... usłyszeliśmy z ust Pana Profesora coś, co nas zatkało.

Mniej więcej brzmiało to tak:

„ ... nie mam zbyt wiele czasu popołudniami, a wy sami sobie na pewno dacie radę. Zrobimy tak: sami przygotujecie zestaw 30 „trójek” pytań. Zasady są takie: każda „trójka” ma zawierać 2 pytania teoretyczne i 1 zadanie, ale każde z innego działu fizyki. Jak skończycie to pokażecie mi jak to wygląda i ew. ja coś tam poprawię. Tylko nikomu ani słówka...”

Nie ma co ukrywać, że nasza radość była nieopisana, acz... przedwczesna. Toż to frajda! Nic prostszego!

Jak sobie sami przygotujemy pytania, to nie ma mowy

o wpadce przy maturze! I tak w swej naiwności i przekonaniu, że to fraszka - zwlekaliśmy z tymi pytaniami, a czas leciał... Chyba w kwietniu przyszło opamiętanie i wzięliśmy się do roboty. I dopiero wtedy trafiło do nas, że chcąc dobrze wykonać zlecone nam zadanie, trzeba zrobić gruntowną powtórkę z całego materiału z fizyki z 4-ch lat! I dopiero potem można się zabrać za konstrukcję „trójek” wg ustalonych zasad. Siedzieliśmy nad tym całymi dniami, a często i nocami raz u mnie, raz u Joli. Przez bite 3 tygodnie... Profesor wiedział co robi... Już chyba nigdy nie byłem lepiej przygotowany do żadnego egzaminu jak wtedy do matury z fizyki...

Ale i satysfakcja była wielka - Profesor nie naniósł ani jednej poprawki do żadnej „trójki”!

„Zabawy dyżurnych”.

W klasie byli zawsze dwaj dyżurni. Dobieraliśmy się sami w cyklach tygodniowych. Ja najczęściej miałem dyżur z Wackiem Mielnickim. Najwięcej roboty mieli dyżurni na „dużej” przerwie - po 3-ch lekcjach. Trzeba było na mokro zetrzeć tablicę, przynieść w miseczce czystą wodę, pozbierać śmieci, przewietrzyć klasę itp. Wszyscy wychodzili na korytarz

i w klasie zostawali tylko dyżurni. Na korytarzu w tym czasie zawsze pełnił dyżur któryś z profesorów. Trzeba było się spieszyć, żeby zostało trochę czasu na „zabawę”, a polegała ona najczęściej na „grze w szmatę”. Zasady gry były następujące: zawodnicy ustawiali się naprzeciw siebie - jeden pod tablicą, a drugi pod przeciwległą ścianą i rzucali do siebie zmoczoną szmatą do ścierania tablicy. Rzucać należało tak, żeby przeciwnik miał problem ze złapaniem szmaty, a więc rzut musiał być silny i w dość nieoczekiwanym kierunku, ale z zachowaniem zasady teoretycznej możliwości schwytania pocisku. Zazwyczaj grało się o papierosy - bilans nieudanych chwytów przesądzał o ilości przegranych „Sportów”. Zabawa była przednia. Najbardziej cierpiała na niej ściana naprzeciw tablicy, bo po każdym nieudanym chwycie widniał na niej placek po mokrej szmacie...

Któregoś dnia w trakcie tej zabawy zdarzył mi się przykry incydent. Otóż w momencie, gdy byłem w pełnym zamachu, drzwi do klasy się otworzyły i... na linii rzutu znalazła się głowa dyżurującego na korytarzu prof. Śmieszka... Na wyhamowanie ręki było już za późno... Mokra szmata z głośnym „mlask”, owinęła się wokół szlachetnego oblicza Pana Profesora!

Czułem, że nogi mi miękną i coś mi się wpycha do gardła... I... nic...

Pan Profesor wprawnym i pełnym gracji ruchem uwolnił twarz z wątpliwej urody zawoju i odezwał się w te słowa: „Panowie! Znowu będą plamy na ścianach... Nie znacie innych rozrywek?” I celnym rzutem oddał szmatę prosto w ręce Wacka...

„Amonit”.

Wycieczki szkolne w okolice Wadowic (i nie tylko) organizował i prowadził najczęściej jako geograf prof. Sarnicki.

W czasie powrotu z jednej z nich - z Leskowca - Profesor znalazł kamień, na którym ponoć widniał odcisk czegoś na kształt amonitu. Dźwiganiem tegoż okazu uszczęśliwiony został Andrzej Gruniew. Tak na oko kamyk ważył jakieś 5 kg.

Po kilkuset metrach marszu, zdesperowany Jędrek prasnął amonitem w krzaki, licząc że znalezisko pójdzie w zapomnienie.

O naiwności! Już prawie w Ponikwi Profesor zechciał jeszcze raz rzucić okiem na skamielinę i pyta Andrzeja: „Gdzie eksponat?...” Na to Andrzej: „Panie Psorze! Wypadł mi z ręki i pękł...” A Profesor: „Wracaj chłopcze natychmiast i przynieś!”

Biedny Jędrek nie miał wyboru. Musiał drałować na górę i targać kamucha do samych Wadowic.

„Orzeł z matematyki”.

Zaraz po półroczu w X-tej klasie na lekcję matematyki przyszedł wizytator. Przed lekcją poprosił prof. Putyrę o nazwiska czterech uczniów, którzy mieli oceny: 5, 4, 3 i 2. Jednym z nich byłem ja, jako „czwórkowicz”. Jakoś z początkiem roku wykazałem się pewną wiedzą z tego przedmiotu i na tej opinii dojechałem do półrocza zręcznie unikając na lekcjach rzetelnej konfrontacji poziomu mojej aktualnej wiedzy z rzeczywistością.

Pan wizytator najpierw odpytał Jolę Banię jako „piątkowicza”, a potem wywołał mnie do tablicy i podyktował temat zadania:

sin A + sin B + sin C = 0

Zapytał, czy wiem co to jest?

Bez wahania odpowiedziałem: „Równanie trygonometryczne”.

A na to pan wizytator: „Bardzo dobrze. To proszę go rozwiązać!”

No to ja biorę kredę do ręki i piszę: sin (A+B +C)=0

i w tym momencie słyszę: „Dziękuję, siadaj!”

W ciszy, jaka zaległa w klasie, słyszałem tylko sapanie prof. Putyry...

Kompromitujące zdarzenie miało oczywiście ciąg dalszy i - można powiedzieć - dość długi.

Najbliższą lekcję wychowawczą prof. Putyra zamienił w wykład o nadużyciu zaufania, efektach lenistwa i moralności ucznia w ogóle. Przy tym wszystkim ani raz nie padło moje nazwisko. I to było dla mnie chyba najgorsze...

A potem nastały lekcje matematyki do końca roku szkolnego, które niezmiennie przebiegały według ustalonego schematu: dzwonek na lekcję po przerwie - Koczur z kredą przy tablicy czeka na wejście profesora Putyry - Profesor z dziennikiem pod pachą wchodzi do klasy i nim dochodzi do katedry woła: „Koczur do tablicy” - ja odpowiadam: „Jestem Panie Profesorze”.

I dzięki tej metodzie stałem się prawdziwym „orłem” z matematyki. Polubiłem ją, a nawet stała się na długi czas moją pasją. Wypracowanie pisemne z matmy na maturze oddałem po godzinie. Z kompletem rozwiązań. Zdałem na „5”.

A już po maturze często spotykaliśmy się z profesorem Putyrą przy kawie (i nie tylko) w „Beskidzkiej”, żeby na wyścigi rozwiązywać zadania ze stereometrii...


Maria Małecka-Zagórska

Maria Małecka-Zagórska

Urodzona 19 października 1940 r. w Wadowicach. Szkoła Podstawowa nr 2 im. Marii Konopnickiej

w Wadowicach.

Czasy licealne.

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Katarzyna Czapik, Maria Lasak, Zofia Żukowska. Najwyżej ceniony profesor.

Dyrektor K. Foryś. Bardzo wyrozumiały i przyciągający ucznia. Mało lubiany przedmiot:

Geografia. Profesor Sarnicki. Najboleśniejszy dzień w Liceum:

Kulig i wiadomość o rozwiązaniu klasy. Najradośniejszy dzień w Liceum:

Matura. Wspomnienia o profesorach:

Radosne: prof. Foryś, M. Sarnicka, Zaczyńska, prof. Grzesio. Pozytywne podejście do ucznia.

Mniej radosne: prof. Raiman, Sarnicki. Podchodzili do ucznia z góry. Wspomnienia o kuligu:

Sama radość, że bez pozwolenia urządziliśmy kulig. Konsekwencje mniej przyjemne.

Stałe kontakty z kolegami i koleżankami:

M. Matuszyk, D. Pędziwiatr, M. Talaga. L. Nadzieja, W. Woźniezka, E. Staniek. Spotkania indywidualne i w szerszym gronie.

Po maturze.

Rodzina:

Szczęśliwe małżeństwo, mąż Jakub Zagórski. Radość z dobrze wychowanych dzieci i wnuków.

Smutki rozstań:

Śmierć najbliższych: Ojca w 1970 r., Mamy w 1976 r., męża w 2005 r.

Praca zawodowa:

W administracji. Inspektor powiatowy w Prez. PRN Wadowice; inspektor: Urząd Wojewódzki Bielsko-Biała, Urząd Miasta Kraków.

Kłopoty ze zdrowiem:

Niedokrwienie serca; nerwica żołądka.

Ulubione zajęcia:

Wychowywanie dzieci, wnuków. Zajmowanie się domem i jego gospodarstwem. Praca na działce. Kocham przyrodę.

Podróże:

Rzym, Wenecja, Asyż, Medugorie, Stany Zjednoczone.

Maksyma życiowa:

Szczęśliwa rodzina.

Sukcesy:

Dzięki Bogu praca nieprzerwanie od matury, aż do emerytury. Szczęśliwe małżeństwo i dobre stosunki rodzinne.


Maria Matuszyk-Birn

Maria Matuszyk-Birn

Urodzona 1 stycznia 1941 r. w Tarnawie Dolnej.

Szkoła podstawowa w Skawcach.

Czasy licealne.

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

To grupa, która dojeżdżała do Liceum z kierunku Sucha Beskidzka: Kazimiera Matuszyk, Maria Ptak, ja i Danusia z Choczni. Razem przeżywałyśmy wszystkie radości i smutki. Nieraz wykorzystywałyśmy spóźnienie pociągu, by opuścić jedną lekcję (zwłaszcza fizyki lub matematyki). Nieraz chodziłyśmy na wagary i wtedy jedną teczkę opróżniałyśmy, aby zakupić bułki i marmoladę. Kierunek wagarów to przeważnie Czartak i piękne okolice nad Skawą. Zawsze o tym myślę, gdy dzisiaj tam przejeżdżam i widzę dewastację tych terenów.

Tym samym pociągiem dojeżdżali koledzy z „A” klasy, ale oni nie chodzili na wagary. (Zięba, Niziołek, Fidelus). W ostatniej klasie zaprzyjaźniliśmy się z kolegami z Czartaka, którzy uczęszczali do zawodówki. Ale to była krótkotrwała młodzieńcza sympatia.

Całą grupę uczniów dojeżdżających łączyła codzienna modlitwa w wadowickim kościele, do którego wstępowaliśmy przed i po zajęciach szkolnych.

Danusia była moją najlepszą przyjaciółką. Przeżywaliśmy wszystko razem i bardzo głęboko. Kiedy zmarł Romek Mroczyński, moja rozpacz nie miała końca. Pamiętam, że często

wychodziłam do sadu i płakałam, nie mogłam sobie wytłumaczyć, jak mogło do tego dojść.

Pozostał mi piękny wiersz napisany przez Danusię dla mnie na pożegnanie (wiersz podaję w załączeniu). Ile zawierał prawdy życiowej, to dopiero teraz wiem dokładnie. Danusia była uzdolniona literacko, szkoda, że nie mogła się kształcić w tym kierunku. Jestem szczęśliwa, że po latach mogłyśmy się znów spotkać. I nie tylko z nią, ale z innymi (Marysia Talaga, Władek Woźniczka, Ludwik Nadzieja, Edek Staniek). Nasze spotkania to cud, który daje nam wsparcie, siłę i wiarę w przyjaźń i życzliwość drugiego człowieka. Dziękuję Bogu za ten cud odnalezienia się. Osobiście doświadczam wiele pomocy i wsparcia od całej grupy, zwłaszcza w chwilach trudnych, choroby i samotności. Dużą zasługę w naszym scalaniu się i systematycznych spotkaniach ma Marysia Talaga. To jej i Edwardowi zawdzięczamy I zjazd jubileuszowy w 1989 r., którego nigdy nie zapomnę.

Najwyżej ceniony profesor:

Prof. Grzesło (bardzo się go bałam). Był taki pedantyczny i dokładny. Prof. Zaczyńska - kochany, dobry, życzliwy człowiek...

Nie lubiany przedmiot:

Matematyka. Miałam duże zaległości z szkoły podstawowej. Nie radziłam sobie z tym przedmiotem.

Bolesny dzień w Liceum:

Dwa tygodnie przed maturą zmarł nagle nasz kolega Romek, sympatia mojej najlepszej koleżanki Danusi.

Najradośniejszy dzień w Liceum: Zdanie matury.

Wspomnienia o profesorach:

Wszyscy profesorowie wzbudzali we mnie wielki respekt. Dziś wiem, że była to kadra doskonałych pedagogów i fachowców. Najbardziej lubiłam lekcje biologii, które prowadziła prof. Maria Sarnicka. Mniej lubiłam przedmioty ścisłe.

Kulig:

Sławny kulig, który wrył się w naszą pamięć i pociągnął za sobą nieprzyjemne konsekwencje - rozwiązanie klasy, z oceną niedostateczną na okres - w moim przypadku odbył się bez mojego udziału. W tym dniu jak wiadomo były trudne zajęcia i zapowiedziany kulig, ale nasza grupa (Kazia, Marysia, Danusia i ja) poszłyśmy na wagary i nic o samym kuligu nie mogę powiedzieć.

Pamiętam, że na drugi dzień przyszłyśmy do szatni, a tu „Ciotka”, profesorka od niemieckiego. Pani Rokowska (która zawsze nas gnębiła), kazała nam wracać do domu i przyjść z rodzicami. Płacz był niesamowity. Jak powiedzieć w domu? Przecież wyjdą na jaw wagary. Ale jakoś się udało.

Moja mama przyjechała ze mną i zaczęło się zebranie, na którym nasi profesorowie chcieli uzyskać odpowiedź na pytanie: Kto był inicjatorem wyjazdu na kulig? Klasa stała murem milczenia, nikt nie powiedział nic.

W tej sytuacji rodzice uczniów z Wadowic (nie pamiętam dokładnie kto) poprosili wizytatora z kuratorium. Zebranie było tylko z nim i na tym zebraniu powiedziano prawdę. Po latach, gdy sama zostałam nauczycielką, rozumiałam jaki to był policzek dla naszych nauczycieli. Może gdyby nie podjęli tak drastycznych decyzji, to wtedy moglibyśmy osiągnąć porozumienie. W każdym razie myśląc o tym jest mi głupio i żal mi bardzo prof. Panczakiewicza, który bardzo to przeżył, a nie zasłużył na taki afront.

Stałe kontakty z kolegami i koleżankami:

Spotykamy się dwa razy w roku i bardzo się przyjaźnimy z naszą paczką: M. Talaga., D. Pędziwiatr, L. Nadzieja, W. Woźniczka, E. Staniek i kolega Ludwika, Zygmunt Stańczyk.

Po maturze.

Rodzina:

Małżeństwo Jacek Birn — nauczyciel, historyk.

Niestety nie mam dzieci i to jest mój największy smutek.

Smutki rozstań:

Dnia 31 grudnia 2000 r. po ciężkiej i długiej chorobie zmarł mój mąż. 21 marca 2005 r. zmarła moja kochana mamusia w wieku 92 lat.

Studia:

Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Opolu. Ukończone w 1971 roku. Kierunek historia.

Praca zawodowa:

Pracę podjęłam jako nauczycielka w 1961 roku w powiecie kluczborskim w Wąsicach. W 1963 r. przeniosłam się do SP w miejscowości Zawadzkie, a w 1978 r. do Częstochowy (Kuratorium, Pogotowie Opiekuńcze). W 1994 roku przeszłam na emeryturę, ale prowadziłam na pół etatu Ognisko wychowawcze dla dzieci specjalnej troski.

Ulubione zajęcia:

Podróże, gdy byłam młodsza, a teraz rozwiązywanie krzyżówek, robótki ręczne, jazda samochodem.

Podróże:

Grecja, Azja Środkowa, Egipt, Francja, Niemcy, Włochy, Hiszpania, Bałkany, Palestyna. Wycieczką i pielgrzymką mego życia była podróż do Ziemi Świętej, gdzie chodziłam śladami Chrystusa, oglądałam wschód słońca na Górze Synaj, pływałam na Jeziorze Genezaret. Teraz dokładniej rozumiem Ewangelię. Zawsze dziękuję za to Bogu.

Maksyma życiowa:

Pracowitość i uczciwość. W życiu kieruję się zwykle sercem i miłością.

Sukcesy:

Zdobycie wyższego wykształcenia i zawodu, o którym marzyłam, co nie było łatwe ze względu na moje trudne warunki materialne.

Praca dyplomowa: Dzieje Wadowic do XVIII wieku. W czasie zbierania materiałów do pracy w roku 1970/1971 dużej pomocy udzielił mi ks. Zacher, ówczesny proboszcz parafii w Wadowicach. Korzystałam z parafialnych Ksiąg urodzin i zgonów. Wspominam to bardzo mile. Kontaktowałam się również z naszym dyrektorem prof. K. Forysiem, wtedy już będącym na emeryturze. Korzystałam z jego osobistych notatek i materiałów dotyczących Wadowic.

Do osiągnięć w moim zawodzie zaliczam pracę w opiece nad dzieckiem, a szczególnie pomoc dzieciom znajdującym się w trudnej sytuacji rodzinnej i życiowej. Pomagałam takim dzieciom, gdy pracowałam w Pogotowiu Opiekuńczym (10 lat), a później, gdy przeszłam na emeryturę w 1994 r. założyłam na moim osiedlu Środowiskowe Ognisko Wychowawcze dla dzieci potrzebujących wsparcia i pomocy w różnej formie. Pracowałam w tym ognisku 11 lat, tj. do końca roku 2005. Corocznie korzystało z tej pomocy 40 dzieci w wieku od 6 do 18 lat. Do dziś utrzymuję kontakt z wielu wychowankami Ogniska.


Helena Michalska-Mozgala

Helena Michalska-Mozgala

Urodzona 22 lutego 1941 r. w Witanowicach. Szkoła Podstawowa w Witanowicach.

Czasy licealne.

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Anna Putyra, Maria Talaga, Janina Tatar, Józefa Janik, Helena Gajda.

Najwyżej ceniony profesor: Maria Sarnicka.

Najbardziej nie lubiany przedmiot: Fizyka.

Najboleśniejszy dzień w Liceum:

Śmierć kolegi Romka Mroczyńskiego.

Wspomnienia o kolegach i koleżankach:

Z Anią Putyrą mieszkałyśmy na stancji przez trzy lata. Spotykałyśmy się z Janką. Marysią, Gienią, Józią.

Wspomnienia o profesorach:

Bardzo lubiłam lekcje biologii z prof. M. Sarnicką. Piękna sala lekcyjna z kwiatami. Wykłady ciekawe i z ilustracjami na tablicy. Pani Profesor wymagająca, ale sprawiedliwa.

Po maturze.

Rodzina:

Mąż Julian Mozgała. Córki: Ania, Ewa, Ela. Wnuki: Justyna, Piotruś, Marysia.

Smutki rozstań z najbliższymi:

Odeszli do wieczności - rodzice i 31.10.1998 r. mąż.

Praca zawodowa:

Księgowa w Powszechnej Kasie Oszczędności BP Wadowice w latach 1960-1996.

Kłopoty ze zdrowiem:

Stosownie do wieku.

Ulubione zajęcia:

Uprawa ogródka, robótki ręczne, czytanie książek.

Maksyma życiowa:

Być uczciwym i nie dać się zwariować.

Sukcesy:

Moja rodzina. Córki i wnuki!

Kontakty z Liceum Ogólnokształcącym w Wadowicach:

Córka ukończyła LO, teraz uczęszcza do niego wnuczka.


Ludwik Nadzieja

Ludwik Nadzieja

Urodzony 24 luty 1941 r. w Kwaczale, pow. Chrzanów.

Szkoła Podstawowa w Kwaczale - kl. I-V, w Alwerni - kl. VI-VII.

Czasy licealne.

Nazwa pierwszej klasy licealnej:

VIII c.

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Kazek Przytuła, Stasiu Suski, Marysia Giermek.

Najwyżej ceniony profesor:

Prof. Ryntfleischówna.

Najbardziej nie lubiany przedmiot:

Historia, której NIGDY nie lubiłem.

Koledzy i koleżanki:

Szczególnie pamiętam rozgrywki szachowe w świetlicy wadowickiego dworca. Nauczyłem tej gry Staszka Suskiego z Bachowie. Po kilku tygodniach przegrywałem z nim każdą partię. Nie znam niestety losów Staszka. Próby nawiązania z nim kontaktu okazały się bezowocne.

Pamiątki:

Poginęły mi przez remonty i przeprowadzki, mam zdjęcia z tamtych lat, ale są bardzo słabo czytelne. Są to pierwsze próby fotograficzne Kazka Koczura.

Wspomnienia o profesorach:

Jakieś dwa lub trzy lata po maturze, podczas wakacji, czekając na pociąg w Kwaczale zobaczyłem w oknie nadjeżdżającego pociągu profesora Sarnickiego, naszego nauczyciela geografii. Równocześnie skinęliśmy głowami na powitanie - sądziłem, że mnie poznaje, ale nie wie, kim jestem. Jakiś tam były uczeń, bez imienia i nazwiska. Wsiadłem do „jego wagonu” i chciałem się przypomnieć, ale usłyszałem: „Witam Pana Ludwika i co słychać u Pana!” Byłem zaskoczony. Zawsze byliśmy tylko „numerem w kółku”, a tu nagle - po tych kilku latach - „Panie Ludwiku”. Rozmowa była krótka. Profesor wysiadł na następnej stacji. Szedł, jak zwykle, szukać ciekawych kamieni. Zapytał, czy nie spotkałem kamieni - i tu opisał o jakie kamienie mu chodzi. Nie spotkałem, ale „dla Pana Profesora znajdę takie”. Usłyszałem „Takie kamienie są w każdym domu, Pańskim również, bo to kamienie do przy: ciskania kiszonej kapusty w beczce”. Zrobiło mi się głupio. Kierując się do wyjścia, profesor uśmiechając się powiedział: „Niewiele Panu zostało w głowie z tej geografii”. I tak oto, w pociągu, w miłej atmosferze - oblałem maturę z geografii. Z tego spotkania wyciągnąłem wniosek na całe życie: Należy zwracać uwagę przede wszystkim, na mało znaczące drobiazgi. Życie składa się właśnie z nich. Jakże często, ta wiedza, okazywała się przydatna.

Kulig:

Uczestniczyłem w kuligu i nie żałuję.

Stałe kontakty z kolegami i koleżankami:

Coroczne spłakania z Marysią Talagą, Marysią Matuszykówną, Danusią Pędziwiatrówną, Edkiem Stańkiem i Władziem Woźniczką.

Po maturze.

Smutki rozstań z najbliższymi:

Śmierć Rodziców, brata i bratowej.

Studia:

Chemiczne na UJ ukończone, magisterium w 1966 r.

Praca zawodowa:

Zakłady Chemiczne-Alwernia w latach 1966-1970.

Belapo - Kraków 1970-1971.

Instytut Gazownictwa Kraków 1972-1980.

Zdrowie:

Uczestniczyłem 1979 r. w wypadku samochodowym. Przez pięć lat po nim wracałem do zdrowia i ludzkiego wyglądu.

Obecnie skarżę się na bóle kręgosłupa.

Ulubione zajęcia:

Nie mam czasu na to co lubię.

Podróże:

Miałem szczęście zwiedzić pół Europy. Ostatnio dość często bywam w Rzymie.

Maksyma życiowa:

Wierzyć otwarcie, modlić się skrycie.

Uczestniczenie w życiu społecznym:

Dwie kadencje byłem członkiem Rady Miasta i Gminy Alwernia. Przez jedną kadencję byłem jej Przewodniczącym. Byłem szefem Komitetu Obywatelskiego przy przewrocie ustrojowym w 1991 r. Przewrócić w pewnym stopniu się udało, trudniej było postawić coś nowego, co radowałoby nasze serca.

Czynnie uczestniczyłem w pracach Komitetu protestującego przeciw spalarni kości na terenie Gminy Alwernia, na szczęście z pozytywnym skutkiem. Podobnie udało się nam zablokować plany zmierzające do zlokalizowania na terenie Gminy składowiska azbestu.

Sporo czasu poświęciłem pszczołom i pszczelarstwu. To dla mnie jeden z wykładników dobrze ustawionej ekologii. Pszczoły są bardzo wrażliwe na zmiany w środowisku, o wiele wrażliwsze niż ludzie.


Danuta

Danuta Pędziwiatr-Ciężka

Urodzona 23 lipca 1940 r. w Choczni. Szkoła podstawowa w Choczni.

Czasy licealne.

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Edward Staniek, Ludwik Nadzieja, Marysia i Kazia Matuszyk, Maria Ptak, Ewa Jakubowska, Edyta Stopa, Krysia Woźniak z kl.A, Marysia Talaga, Józia Janik.

Najwyżej ceniony profesor:

Pani prof. Zaczyńska. Była wspaniała, mnie osobiście zastępowała mamę, mogłam się ze wszystkim do niej zwrócić.

Mało lubiany przedmiot:

Matematyka, nie miałam w tym kierunku zdolności.

Bolesny dzień w Liceum:

13 kwietnia 1959 r. Dzień śmierci Romka.

Najradośniejszy dzień w Liceum:

27 maja 1959 r., kiedy wyszłam z egzaminu i razem z moimi dziewczętami płakałyśmy ze szczęścia, że wszystkie zdałyśmy maturę.

Wspomnienia o profesorach:

Radosne: Zaczyńska, Sarnicki. Mniej radosne: Putyra.

Po maturze.

Rodzina:

Szczęśliwe małżeństwo, mąż Adam Ciężki.

Praca zawodowa:

Przędzalnia, Bielsko-Biała - główny kasjer. Emerytura od 1991 r.

Ulubione zajęcia:

Dopóki nogi noszą, to góry, lasy, a gdy brak pogody to czytanie. Przedeptałam wszystkie szlaki górskie w Polskich górach i zdobyłam wszystkie odznaki PTTK.

Podróże:

Drezno, Węgry, Rumunia, Bułgaria, Słowacja.

Maksyma życiowe:

„Miej serce i patrz w serce”.

Moje sukcesy:

Przeszłam przez życie nie krzywdząc nikogo i umiem się cieszyć małymi radościami.

Wspomnienia.

Nie będzie łatwo spisać wspomnienia po pięćdziesięciu latach, ale spróbuję, choć zastrzegam, że fakty, które miały miejsce będą przez każdego z nas widziane inaczej. Przecież każdy człowiek, zna swoje indywidualne spojrzenie i ocenę. Nie ma dwóch jednakowych spojrzeń i ocen tych samych wydarzeń. Każdy człowiek w swej naturze jest indywidualnością. Lata spędzone w wadowickim Liceum były dla nas wszystkich okresem zdobywania wiedzy, kształtowania się charakterów i przygotowaniem do życia i dorosłości.

Z mojego punktu widzenia to były najpiękniejsze lata. Postaram się te wspomnienia ukazać oczami tamtej nastolatki. Nie będzie to łatwe, ale to, co zapamiętałam opiszę tak, jak to widziałam i przeżywałam w latach 1955- 1959.

Przed liceum.

Urodziłam się 23 lipca 1940 roku w Choczni tuż koło Wadowic. Moje dzieciństwo nie było sielskie. Okupacja, wysiedlenie, później okres szkolny mimo biedy i kłopotów miałam dzieciństwo radosne i szczęśliwe do roku 1954, kończyłam wtedy podstawówkę i byłam zapisana do Ogólniaka. Przyszedł koniec maja i runął cały świat - moja mama zmarła. Skończyło się dzieciństwo i uczenie. Musiałam przez rok zająć się młodszym rodzeństwem i domem. Był to rok ciężkiej próby dla mnie i mojej rodziny.

We wrześniu 1955 roku miałam zacząć naukę - pech, zachorowałam i spędziłam w wadowickim szpitalu prawie sześć miesięcy. Znów straciłam nadzieję że pójdę do szkoły. Leżałam w tym szpitalu marząc o jednym, aby Pan Bóg pozwolił mi wrócić do zdrowia i być normalną. Lekarze robili nadzieję, ale to się ciągnęło miesiące.

Z tamtego czasu pamiętam moje obserwacje. Miałam łóżko przy oknie, kiedy miałam na tyle sił, klękałam przy oknie i patrzyłam na dom naprzeciwko okna. Podglądałam życie pewnej rodziny. Aby się czymś zająć, nie myśleć o chorobie ani o tym, co mnie czeka. W mieszkaniu tym była dziewczynka w moim wieku. Widywałyśmy się przez okno. Kiedy przyszedł wrzesień widziałam,.jak wraca ze szkoły i zazdrościłam jej tego. Kiedy - po wyjściu ze szpitala - przyszłam do szkoły, na jednej z przerw podeszła do mnie dziewczynka „z grzywką” i mówi: „Cześć panienko z szpitalnego okna”. A była to Ewka Jakubowska, tak zawarłam z nią znajomość, a potem bardzo się polubiłyśmy.

Trzeba dogonić peleton.

Wreszcie nadszedł dzień, kiedy opuściłam szpital, a był to już listopad i uparłam się że pójdę do szkoły. I tak znalazłam się w klasie VIII C. Moje pierwsze dni nie były łatwe - Byłam nowa, wystraszona, obolała i kulejąca. Chodziłam jeszcze przez kilka miesięcy codziennie na zmianę opatrunku i zastrzyk. Ale to była pestka. Byłam w szkole i to się liczyło. Z tego okresu pamiętam koleżanki, które pomogły mi zadomowić się, a była to Marysia Giermek. Józiu Janik, Matuszyki i Jola. Pamiętam słowa Joli: „Stara, wszystko będzie dobrze”.

Z początku nie było łatwo, musiałam nadrobić zaległości i dostosować się do nowego życia. Patrząc na świadectwo z ósmej klasy stwierdzam, że sobie poradziłam nawet nieźle, jedynie z matmy otrzymałam stopień dostateczny. Ale matma to była dla mnie czarna magia. Moimi przedmiotami były: język polski, historia, geografia.

Z ósmej klasy nie pamiętam wszystkich kolegów i koleżanek. Dlatego, że w dziewiątej klasie zostaliśmy wymieszani i tak zaczęła się nauka i życie klasowe na serio. Wtedy zawiązywały się przyjaźnie i wiadomo było na kogo można liczyć i w złym i w dobrym. Miałyśmy swoją paczkę: Ja, Marysia Matuszyk, Kazia Matuszyk, Marysia Ptak. Byłyśmy nierozłączne aż do matury. Przez resztę lat siedziałam zawsze z Marysią, przed nami Kazia i Ptaszek i zawsze w przedostatniej ławce, a za nami - Jurek Włoch z Krzyśkiem Cembrzyńskim, którzy jak mogli to nam „uprzykrzali” życie.

Szkolne migawki.

Pamiętam takie zdarzenie: Któraś z dziewcząt przyniosła Trędowatą w zeszytach i my czytałyśmy to ukradkiem, a był to wyciskacz łez, to byłyśmy spłakane jak bobry. Profesor Putyra pyta: „Dziewczęta co się stało?” A Jureczek usłużny: „Panie profesorze, one płaczą nad Trędowatą”. Myślałyśmy, że Jurkowi włosy wydrzemy ze złości. Życie się toczyło, a my byłyśmy szczęśliwe, mimo narzekań i strachu, bo przecież profesorowie nie odpuszczali.

Bardzo mile wspominam prof. Sarnickiego, „Cyrula”, mimo jego „dziwactw”, bo dał mi piękne przezwisko „Zefi-rek” i nauczył kochać góry. Pamiętam wycieczkę z nim na

Leskowiec i wtedy właśnie powiedział do mnie: „Góry trzeba kochać, nie tylko za to, że są i piękne, i groźne, ale za to, że tyle wysiłku włożyły, aby wydostać się z marazmu, by królować nad resztą”.

Lubiłam bardzo lekcje polskiego z prof. Rajmanową, która potrafiła tak bardzo zainteresować literaturą piękną i klasyką. Mile wspominam prof. Rynfleisz, która była bardzo ciepła i serdeczna. Natomiast pani prof. Rokowska nam dziewczętom „umilała” życie. Zaczęło się od wprowadzenia emblematów i słynnych beretów talerzy, których bardzo nie lubiłyśmy. Za zwyczaj nosiłyśmy je w kieszeni, aby po dotarciu na zakręt przed szkołąje wkładać. Pani profesor wpadła na pomysł i czaiła się za pomnikiem na rynku i notowała te, które nie miały beretów. Miałyśmy z tego wiele „radości”. Lekcje niemieckiego zazwyczaj zaczynały się od słów: „Matuszyk, zapnij włosy, to nie sypialnia. Grzywki to ślizgawki na wszy”, więc posłuszne już przed lekcją niemieckiego wiązałyśmy włosy i zapinały grzywki.

Pamiętam Ludwiczka z wsuwką we włosach, bo tak mu zawsze opadały na czoło, a pani profesor tego nie lubiła. Były to śmiesznostki, ale takie były rygory. Obowiązywały fartuszki, pończochy tylko granatowe, (a była moda na kolorowe), zimą również granatowe chustki. Może dlatego dziś nie lubię tego koloru.

Najbardziej lubiana przez nas była pani profesor Zaczyńska. Dla mnie osobiście była jak matka. Z każdym problemem można było pójść do niej i zawsze cierpliwie wysłuchała i pomogła. Bardzo lubiłam prof. Kucharskiego i historię. Zapamiętałam go z lekcji historii i z matury. Bałyśmy się matury z historii i pan profesor powiedział coś w tym stylu: „Jak ci się już temat wyczerpie, lub coś zapomnisz, to lekko mnie pod stolikiem potrąć nogą, a ja przejdę do dalszego pytania”. Dostało mi się na maturze pytanie z okresu Polski powojennej, trudne pytanie, bo znałam historię tę oficjalną z lekcji i tę prawdziwą z opowieści ojca. Więc gdy zabrnęłam w odpowiedzi, zgodnie z umową lekko trącam profesora w kostkę, a on mi mówi: „Uważaj, bo mam nowe spodnie”.

Dzisiaj te wspomnienia są radosne, ale wtedy nie było do śmiechu. Wspominając te lata nie można nie wspomnieć wspaniałego człowieka, jakim był ks. prof. Zacher - zawsze uśmiechnięty i z humorem, był wielką podporą w latach, kiedy można było tak łatwo się zagubić.

Kaplica Matki Bożej i dworcowa świetlica.

Nie sposób w tych wspomnieniach pominąć również dwóch ważnych miejsc dla nas „dojeżdżających”. Były to: kościół w rynku i świetlica dworcowa.

Kościół, a zwłaszcza kaplica Matki Bożej, to było miejsce, którego żadne z nas nie ominęło ani w drodze do szkoły, ani po lekcjach. Nieraz pociąg rano był opóźniony i trzeba było naprawdę pędzić, aby się nie spóźnić, choć to się często zdarzało, ale zawsze choć na jedno Zdrowaś Maryjo wpadaliśmy do kaplicy. Ileż ta Matka Boża wysłuchać musiała naszych próśb i podziękowań. Jej zawierzaliśmy nasze kłopoty troski i radości, i zawsze nas wysłuchiwała. Czy potrafiliśmy Jej za to naprawdę się odwdzięczyć?

Drugim miejscem była świetlica. Czekaliśmy na pociągi i w sali zawsze było gwarno. Jak dziś widzę Władka Fidelusa z XI A, górującego nad stolikiem, gdzie siedziały dziewczęta w kierunku „suskiego” (pociągu). Niektóre odrabiały lekcje, a Władek zawsze z jakimś podręcznikiem w ręce tłumaczył im różne zawiłości.

Świetlica była miejscem, gdzie dzieliło się wszystkimi wrażeniami z lekcji, plotkami i itp. Można było posłuchać muzyki i piosenek Z tamtych lat. W tamtych latach życie towarzyskie kwitło w czasie oczekiwania na pociąg, na wycieczkach szkolnych, (Warszawa, Kalwaria, Leskowiec, Turbacz) i na dużych przerwach na szkolnym korytarzu.

Nie wolno było chodzić do kina, kawiarni itp. Więc zostawała duża przerwa, na której często można było trochę pogawędzić i podzielić się ploteczkami. Myśmy się trzymały raczej swojej paczki - wielką fantazję miała „Noga”, czyli Edyta Stopa. Jej fantazjowanie doprowadzało nas zawsze do lepszego humoru. Potrafiła zmyślać takie opowieści, że dostawało się zawrotu głowy.

Z chłopaków bardzo lubiłam Ludwiczka, Edwarda, Kazia Koczura, Mielnickiego, Józka Żmiję, Władzia (który zawsze w czasie odpowiedzi błądził oczami po suficie), no i Jurka z „Cembrem”. Chłopaki były zawsze w porządku, chociaż czasem robili nam psikusy i dokuczali.

Wspomnienia - laby.

Ósma i dziewiąta klasa to były lata, kiedy przykładało się do nauki i zżywało z klasą. Dziesiąta klasa to był już okres, kiedy czułam się pewniej i sądziłam, że najgorsze mam za sobą. Wiedziało się kiedy i który profesor jest fajny, a który ostry i kogo należy się bać. Ja zawsze bałam się prof. Putyry i matematyki oraz fizyki. Te przedmioty były dla mnie katuszą. Prof. Putyra miał zwyczaj zapowiadać „taniec”, a to równało się z tym, że można było złapać na jednej lekcji dwie bomby. Dlatego czasem unikałyśmy tego „tańca” i szłyśmy na wagary, czyli na labę, która zawsze kończyła się jakąś nieprzyjemną wpadką.

Pamiętam taką labę. Pojechałyśmy do Czartaka. Było ciepło więc poszłyśmy się pluskać w Skawie, klamoty zostały na brzegu. Pech, przechodzili robotnicy leśni i zabrali nam ciuchy i porozwieszali na drzewach - siedziałyśmy w tej wodzie do znudzenia i wystraszone.

Następnym razem poszłyśmy do parku, tam spotkałyśmy chłopaków z „metalówki” i wybuchła jakaś kłótnia. Zaraz się nam odwdzięczyli i zadzwonili do szkoły, że jesteśmy na labie. Na szczęście telefon odebrała pani prof. Zaczyńska. Na drugi dzień dostałyśmy taką reprymendę od Pani profesor (i słusznie), ale byłyśmy jej wdzięczne, że nas uratowała od konsekwencji.

Jeszcze pamiętam labę, którą spędziliśmy w mieszkaniu Marysi Talagi. To była zima więc siedziałyśmy, jak myszy pod miotłą, bo bałyśmy się, aby mama Marysi nie wróciła wcześniej i nie nakryła nas. Skończyłyśmy z labami.., ale to już była „wyższa konieczność”.

Laba zamiast kuligu.

To była zima i X klasa. W środę, pamiętam były dwie lekcje języka polskiego, dwie matmy i fizyka. Prof. Foryś wyjechał na konferencję, więc prof. Putyra zapowiedział nam, że w środę będzie miał z nami pięć lekcji i zapowiedział „taniec”. Właśnie wtedy był słynny „kulig”, który miał mieć dla nas przykre konsekwencje, a który scementował nasze więzy klasowe, dzięki czemu staliśmy się jedną paczką.

W tym dniu ja, Matuszyki i Ptaszek pomaszerowałyśmy w śniegu po kolana na labę do Tomic. Przemoczone i zmarznięte przyszłyśmy około południa na stację do świetlicy, a tu wpada Ludwik i mówi co się stało. Nie znam kulisów kuligu więc następnego dnia z duszą na ramieniu przyszłam do szkoły. Rano dowiedzieliśmy się, że przestaliśmy być uczniami i mamy się stawić z rodzicem po południu. Był to szok. Wtedy nasza Jola wykazała się charakterem i swoją rolą prezeski. Powiedziała jasno: „Jesteśmy wszyscy razem. Obowiązuje zasada jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Wszyscy byliśmy na kuligu i wszyscy ponosimy konsekwencje”. Wtedy naprawdę byliśmy razem. Nadgorliwość prof. Panczakiewicza doprowadziła do postawienia sytuacji na ostrzu noża.

Pamiętam, że przyjechał ktoś z kuratorium. Były jakieś przesłuchania. Obarczenie winą, szukania prowodyrów itp. Myśmy się jednak trzymali zasady wygłoszonej przez Jolę. Po tych kilkudniowym zawieszeniu kurator miał ostatnie słowo. Przywrócono nas do łask i statusu ucznia. Jak się ta afera odbiła na nas, to wystarczy popatrzeć na świadectwo drugiego półrocza dziesiątej klasy. Ja przynajmniej stwierdziłam na swojej osobie fakt, że wszystkie stopnie były obniżone, choć bardzo się starałam nie podpaść. Jedno z tego wyszło, co mogło być najlepsze. Byliśmy od tej pory jedną wielką, zgraną paką i tak zostało do końca szkoły, i do matury. Sądzę, że ktoś z koleżeństwa opisze we wspomnieniach „kulig”, a zrobi to najlepiej chyba Marysia Talaga.

Po kuligu już nie było żartów, toczyło się życie i ciężka praca, aby dobić do matury. Ciężko było, ale jakoś leciało. Jedenasta klasa to już zaczęło się wkuwanie na serio. Pamiętam zimą wkuwanie u Edwarda, wspomagał nas Ludwik.

Romek.

Czas szybko uciekał i przyszła studniówka, dla mnie osobiście był to okres bardzo szczęśliwy. Pamiętam było bardzo zimno. Opatulone poszłyśmy z Krysią Woźniak. Dzisiaj studniówki to są bale, a w tamtych czasach byłyśmy ubrane w granatowe spódniczki i białe bluzki. Nie było balu do białego rana, jak dzisiaj bawi się młodzież. Nasz bal był skromny, ale piękny. A dla mnie najpiękniejszy.

W ten wieczór zaprzyjaźniłam się z Romkiem Mroczyńskim z XI A. Znaliśmy się przelotnie z przerw lekcyjnych i wiedziałam, że jest bardzo koleżeński. W ten wieczór zawiązało się między nami coś, co można nazwać zauroczeniem wzajemnym. Bal się skończył o godz. 22.00 i wracałyśmy z Krysią piechotą do domu. Odprowadzał nas Romek. Była piękna mroźna noc, a my byliśmy tacy szczęśliwi i pełni optymizmu. Moje Matuszyki dokuczały mi po balu, aleja byłam bardzo szczęśliwa. Szłam z radością do szkoły, bo wiedziałam, że jest tam ktoś dla mnie ważny i na kogo mogę zawsze liczyć. Wkuwaliśmy i liczyła się dla nas tylko matura. Po szkole szliśmy na spacer i snuliśmy marzenia, co będzie po maturze,

a mieliśmy marzenie: pójść w góry na obóz wędrowny.

Wiosna tego roku była wyjątkowo piękna, więc chodziliśmy na „randki” do parku i na wadowicki cmentarz. Nie wiem czy to było przeznaczenie, czy fatum losu, ale zawsze podświadomie czuliśmy, że coś się stanie, bo często Romek mówił: „Nie zapomnij o mnie”. Moje szczęście polegało na tym, że miałam w Romku przyjaciela. Mogłam się zwierzyć z moich trosk, kłopotów i zawsze znalazł dla mnie dobrą radę, pocieszenie i to, abym uwierzyła w siebie.

Cóż, los chciał inaczej. 13 kwietnia 1959 r. mój świat marzeń i radości zawalił się. Nie było Romka. Została straszna pustka i ból, który trwał lata. Nie pamiętam pogrzebu i niczego. Wiem tylko, że z wielką pomocą przyszły mi moje „Matusz-ki” i Bogda Hardek. One pomogły mi przetrwać to wszystko. A potem przyszło „opamiętanie” - trzeba było zdać maturę.

Trema przed maturą.

Pamiętam, jak wkuwałyśmy u Kazi Matuszyk w Tarnawie, trzy dni zakopane w książkach, aż wspaniała mama Kazi przeganiała nas od nich. Bałam się matury bardzo, bo wiedziałam, że mój „pech” mnie prześladuje, że nic mi się nie udaje itp. Swoim optymizmem pomagał mi Edward, więc byłam mu bardzo wdzięczna i zaczynałam powoli wierzyć, że mi się uda.

Zaczęły się przygotowania i pisanie bryków. Kilometry kalki technicznej zapisane drobniutko, cała literatura była na nich spisana. Na pierwszy ogień oczywiście pisemny z języka polskiego. Miałam tych bryków pełne, specjalnie ukryte kieszenie. Z żadnego nie skorzystałam. Wybrałam Słowackiego (do którego nie miałam ściągi). Na matmie z pisemnego pomógł mi kochany „Julek”, ale to tajemnica. Później było nerwowe czekanie na wyniki. Odetchnęłam. Z języka polskiego nie musiałam zdawać ustnego, a bałam się dlatego, że prof. Foryś bardzo wielką uwagę przykładał do życiorysów pisarzy, a mnie się nigdy takie dane nie trzymały pamięci. Przyszły ustne egzaminy. Bałam się tylko matematyki. Pamiętam, poszłam w ostatni wieczór przed egzaminem do Edwarda na ostatnie „konsultacje”. Siedzieliśmy pod kapliczką Św. Anny i Edward powiedział mi, żebym się dobrze wyspała i jakoś tam pójdzie. Udało się, zdałam, właśnie to prof. Putyra wyciągnął mnie za uszy i dostałam tę upragnioną trójkę.

Ostatnie wspomnienia.

Później był bal maturzystów. Przyszły do mnie kochana Bogda i Ewka, abym była na tym balu. Ja jednak nie miałam ani siły, ani serca, aby się cieszyć. Po maturze jeszcze poszliśmy do Kalwarii na „dróżki”, aby podziękować Bogu za maturę i za wszystko. Były „Matuszyki”, Ptaszek, Ludwi-czek, Edward i ja. Tak, jak postanowiłam wcześniej, poszłam na bosaka. Widzę jak dziś, jak Ludwik się śmiał na dworcu w Wadowicach, jak miałam pokaleczone stopy. To była ostatnia nasza wspólna wędrówka.

Zakończył się dla mnie ten okres życia, który powinien nieść same radosne wspomnienia, dla mnie wtedy był inny niż sobie marzyłam. Tak się ułożyło życie, że o studiach musiałam zapomnieć. W lipcu podjęłam pracę w Bielsku w zakładach włókienniczych. Było mi bardzo ciężko. Weszłam w inny świat, inne otoczenie, brakowało mi mojego otoczenia, z którym byłam zżyta. Wracały wspomnienia i ból. W tym trudnym dla mnie okresie wielką pomocą były listy Ludwiczka, który wspierał mnie swoimi radami i przemyśleniami, i dzisiaj dziękuję mu za to z całego serca. Nie wiem czy te moje wspomnienia nie są nudne, ale tak to wszystko odczuwałam i przeżywałam.

Po pięćdziesięciu latach.

Dzisiaj po pięćdziesięciu latach wiem, że te lata mimo wszystko były najpiękniejszymi latami młodości. Jestem wdzięczna losowi, że dane mi było je przeżyć w tej wspaniałej gromadzie. Cieszę się, że możemy się spotykać po latach i snuć wspomnienia. Za to, że po latach doszło do spotkania naszej klasy trzeba podziękować inicjatorom tego pomysłu. Marysi Taladze, Edwardowi i Bognie. Cieszę się ze spotkań naszej małej paczki: Marysi Matuszyk, Marysi Talagi, Edwarda Stańka, Ludwiczka Nadziei i Władka Woźniczki. Czekam na te spotkania z wielką radością, tak jak się czeka na najlepszych przyjaciół, z którymi można się podzielić radościami i troskami, i którzy wspierają radą, i modlitwą.

Czas biegnie nieubłaganie. Jest nas coraz mniej. Niech więc ci, którzy odeszli od nas zostaną w pamięci jako wspaniali ludzie, bo takimi ich zapamiętałam. Nie ma naszych profesorów, ale zostali w mojej pamięci jako ludzie, którzy pomogli nam przejść przez trudny okres „głupiej” młodości, jakże wspaniałej i mimo wszystko szczęśliwej.

„Zefirek”



Maria Ptak-Mamcarczyk

Maria Ptak-Mamcarczyk

Urodzona 4 listopada 1941 r. w Suchej Beskidzkiej. Szkoła Podstawowa kl. I-V Sucha Beskidzka,

kl. VI-VII Skawce.

Czasy licealne.

Bliskie koleżanki:

Marysia Matuszyk, Danusia Kot, Danusia Pędziwiatr, Marysia Talaga. Ceniony profesor:

Grzesio. Nie lubiany przedmiot:

Fizyka. Najradośniejszy dzień: Zdanie matury. Wspominam:

Danusia Kot - uśmiechnięta blondynka, dobry człowiek. Jurek Włoch - wesołek, lubił robić żarty i kawały

Profesorowie:

Prof. Jan Sarnicki - fantastyczny na wycieczkach, w szkole groźny.

Prof. Maria Sarnicka. Bardzo dobrze wykładała, umiała przekazać wiedzę. Pedantyczna.

Prof. Józef Kawaler. Szybko myślał i pisał na tablicy. Nie był złośliwy.

Prof. Helena Rokowska. Miała wiedzę z zakresu języków, ale nie miała daru przekazywania jej uczniom.

Kulig:

To bolesne przeżycie ze względu na zawód w pomocy prof. Kucharskiego, którego prosiliśmy, aby pojechał z nami jako opiekun. Odmówił. Budująca natomiast solidarność całej klasy. Nie ujawniono, kto był organizatorem. Konsekwencje ponieśliśmy wszyscy. Żal mi było prof. Panczakiewicza, który podjął trudną decyzję zawieszenia nas w prawach ucznia na dwa tygodnie. Przeżył to ciężko płacąc za jakiś czas zawałem.

Po maturze.

Rodzina:

Małżeństwo z Franciszkiem Mamcarczyk. Mam córkę, dwóch synów i pięcioro wnuków.

Smutne rozstania:

Choroba i śmierć męża w 2001 r.

Studia:

Dwuletnie studium nauczycielskie w Raciborzu. Specjalność historia.

Praca zawodowa:

Uczyłam w Szkołach Podstawowych: Pągów k. Namysłowa, Budzów, Mucharz, Skawce, Ryczów. W 2004 r. emerytura po 44 latach pracy zawodowej.

Choroby:

Reumatyzm.

Ulubione zajęcia:

Ogródek przy domu, wychowanie dzieci i pomoc w wychowaniu wnuków.

Podróże:

Niemcy, Czechy.

Maksyma życiowa:

Cieszyć się życiem, póki jest zdrowie.

Sukcesy:

Zadowolenie z pracy zawodowej. Lubiłam uczyć. Kocham dzieci. Inne zajęcia:

Szkoła i dom wypełniały mój czas. Kontakty z kolegami i koleżankami:

Początkowo z Marysią Matuszyk, w ostatnich miesiącach z Marysią Talagą.


Anna Putyra-Jarosz

Anna Putyra-Jarosz

Urodzona 7 stycznia 1942 r. w Jachówce. Szkoła Podstawowa w Jachówce.

Czasy licealne.

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Helena Michalska, Marysia Talaga, Józia Janik, Jasia Tatar, Gienia Gajda. Najwyżej ceniony profesor.

Maria Sarnicka. Najbardziej nie lubiany przedmiot:

Fizyka. Profesor Putyra miał wzgląd na to samo nazwisko - nie dał mi nigdy dwójki. Najboleśniejszy dzień w Liceum:

Śmierć kolegi Romka Mroczyńskiego.

Wspomnienia o kolegach i koleżankach:

Gienia Gajda budziła zdumienie i zachwyt, była bardzo pilna i zdolna, potrafiła w ciągu kilku miesięcy nadrobić zaległości w nauce. Przybyła z ZSRS w drugiej połowie klasy IX. Miała piękne, gęste włosy upięte w długi warkocz. Zwracała uwagę odwagą mimo, że słabo znała język polski. Miała w sobie dużo godności, mimo bardzo skromnych warunków materialnych.

Wspomnienia o profesorach:

Najmilej wspominam prof. Marię Sarnicką. Była to osoba wymagająca, bardzo skrupulatna. Zawsze podziwiałam jej troskę o pracownię, piękne kwiaty. Na przerwach chodziła i wycierała listki, po prostu rozmawiała z tymi roślinami. Była wielką pedantką.

Stale kontakty z kolegami i koleżankami:

Marysia Talaga, Helena Michalska.

Po maturze.

Rodzina:

Mąż Józef Jarosz.

Trzech synów, trzy córki, czterech wnuków.

Smutki rozstań z najbliższymi:

Śmierć męża 27 sierpnia 1982 r. Zostałam sama z dziećmi. Kolejny cios to śmierć najmłodszego brata (13 października 2007 r.), który po śmierci męża był moim oparciem.

Praca zawodowa:

Pracowałam na poczcie. Po przyjściu na świat dzieci zrezygnowałam z pracy zawodowej i zajmowałam się ich wychowaniem.

Ulubione zajęcia:

Praca na działce. Zajmowanie się domem i wnukami.

Podróże:

Często bywam w Paryżu, bo tam mieszka moja siostra.

Maksyma życiowa:

Być uczciwym, prawdomównym i pracowitym.

Sukcesy:

Do sukcesów w moim życiu zaliczam moją kochaną rodzinę. Moje cudowne dzieci, które mnie szanują i dbają o mnie. Dzieci, które mając po czterdzieści lat zawsze do mnie zwracają się „Mamusiu”.

Dzieła, odnotowane w świadomości społeczności:

Należę do Stowarzyszenia Absolwentów LO w Wadowicach.

Kontakty z Liceum Ogólnokształcącym w Wadowicach: Dwie córki ukończyły Liceum w Wadowicach.


Andrzej Skrzypczak

Andrzej Skrzypczak

Urodzony 19 grudnia 1939 r. w Wadowicach. Szkoła Podstawowa nr 1 w Wadowicach.

Czasy licealne

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Kazimierz Kucia i Franciszek Kadela. Najwyżej ceniony profesor:

Zbigniew Putyra za podejście do uczniów. Najbardziej nie lubiany przedmiot: Wychowanie fizyczne.

Najradośniejszy dzień w Liceum: Zdanie matury.

Wspomnienia o kolegach i koleżankach:

Z koleżankami i kolegami z naszej klasy B uczyłem się tylko przez rok w klasie maturalnej. W tym czasie przechodziłem okres rehabilitacji po ciężkich operacjach ortopedycznych, dlatego też nie byłem szczególnie zaangażowany w życie klasy.

Po maturze.

Małżeństwo:

Imię żony Maria, syn i dwoje wnuków.

Praca zawodowa:

Czterdzieści pięć lat pracy zawodowej, w tym 43 lata na stanowiskach kierowniczych. Pracowałem między innymi w Sądzie Powiatowym w Wadowicach i RSW „RUCH” w Wadowicach (38 lat). Na emeryturę przeszedłem w 2005 roku.

Ulubione zajęcia:

Jestem domatorem i lubię prace w ogrodzie.

Podróże:

Wczasy spędzałem w Czechosłowacji, Tunezji, Turcji, ZSRS, na Węgrzech i we Włoszech.

Maksyma życiowa: Żyć uczciwie.

Sukcesy:

Jestem szczęśliwym mężem i ojcem. Wybudowałem dom i posadziłem wiele drzew...

Dzieła, odnotowane w świadomości społeczności, odznaczenia: Otrzymałem Srebrny Krzyż Zasługi.


Edward Staniek

Edward Staniek

Urodzony 13 czerwca 1941 r. w Wadowicach.

Szkoła Podstawowa w Choczni.

Czasy licealne.

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Danuta Pędziwiatr, Maria Talaga, Ludwik Nadzieja, Władek Woźniczka.

Liczyła się głównie grupa dojeżdżających pociągiem. Łączyły nas wędrówki na stację oraz dworcowa świetlica, w której czekaliśmy na godzinę odjazdu pociągu.

W świetlicy nauczyłem się grać w szachy, co mi bardzo pomogło w dopracowaniu koncepcji życia. Równe szanse, szacunek dla przeciwnika, konsekwencje jednego błędu, sztuka obliczania szans swoich i przeciwnika, na wygranie partii... Pokochałem szachy i w następnych latach spędziłem nad szachownicą setki godzin.

Kolegą bliskim był Janek Filek. Oblał maturę. Czekałem na niego pod drzwiami. Trzeba było to udźwignąć. Poszliśmy wówczas do kaplicy Matki Boskiej, by Jej zameldować, co się stało, a z kaplicy do restauracji na „setkę”. Bufetowy zapytał: co się stało? Mówimy - oblana matura. Powiedział: „Głowa do góry! Nie na maturze kończy się życie”. Nalał dwa kieliszki.

Bardzo mile wspominam Olka Woźniaka i jego perfekcyjnie opanowanego „cymbergaja”.

Zawsze lubiłem Jurka za jego dowcip i radosne podejście do życia. Sporo zawdzięczam Kazkowi Koczurowi i Krzyśkowi Cembrzyńskiemu, którzy dyskretnie wtajemniczali mnie w mentalność ludzi żyjących w mieście. Przez całe lata, mimo że nie miałem z nim żadnego kontaktu, często wspominam Andrzeja Skrzypczaka, który mi imponował dużym spokojem.

W VIII klasie zapamiętałem Helenę Korzeniowską z pięknymi czarnymi oczami i włosami. Staszka Ptaka, zawsze uśmiechniętego.

Z koleżanek ceniłem bardzo Jolę i jej zdecydowanie. Pamiętam zawsze spokojne: Józię Janik i Jaśkę Tatar, Bogdę Hardek, która miała tupet i utrzymywała wiele kontaktów. Helenę Gajdę, która była żywym wspomnieniem Polaków ze Wschodu i dobrze znała język rosyjski, którego nie lubiłem.

Najwyżej ceniony profesor:

Prof. Grzesło, jako człowiek wyjątkowo wielkiej kultury i sprawiedliwości. Najwięcej jednak zawdzięczam prof. Z. Pu-tyrze. A co, napiszę nieco więcej wspominając profesorów.

Mało lubiany przedmiot:

Chemia. Do dziś nie wiem dlaczego. Przecież to ścisła matematyka, którą lubiłem.

Bolesny dzień w Liceum:

Oblanie matury przez mojego dobrego kolegę Janka Filka. Drugim takim dniem, może to dziwne, było dla mnie odkrycie wiszącego na drzewie człowieka w sąsiednim ogrodzie. Siedząc w ławce z Ludwikiem dostrzegliśmy przez okno, jak trup balansuje na gruszy. To było pierwsze moje spotkanie z samobójcą. Za chwilę już cała klasa wiedziała, że „wisi”, co ogłosił Jurek.

Pamiętam przy tym wypowiedź bardzo przejętej Pani woźnej: „Z tej gruszki już nigdy jabłek nie będę jadła”.

Najradośniejszy dzień w Liceum: Matura.

Wspomnienia o profesorach:

Prof. Grzesło na półrocze miał zapisanych w dzienniku przy moim nazwisku jedno bardzo dobre i sześć dwój. Byłem przekonany, że mnie już skreśli. Na ostatniej lekcji zapytał, co ma ze mną zrobić? Poprosił mnie do pierwszej ławki. Podał mi dwie kartki, a na nich dwa zadania. Położył przede mną duży kieszonkowy zegarek i powiedział: „Masz piętnaście minut na zrobienie tych zadań”. On spokojnie prowadził lekcje. Zrobiłem. Wpisał więc jeszcze dwa bardzo dobre i wyciągnął mnie na dostateczny. Ten sposób podejścia i jego sprawiedliwość wędrują za mną jako pewien ideał. Później wchodząc na studiach w świat kultury starożytnej Grecji i Rzymu zrozumiałem, że prof. Grzesło był „mężem sprawiedliwym” /vir iustus/, według wszystkich kanonów etyki rzymskiej.

„Cyrul”, czyli prof. Sarnicki. Miał podejście oficera wojskowego. Ale imponował mi wyjątkowo wielkimi zdolnościami w zakresie rysunku. Kilka kresek kredą na tablicy i wyłaniał się zarys kościoła w rynku w Wadowicach. Po latach podziwiałem takie zdolności u prof Zina. Byłem oczarowany magazynem, w którym „Cyrul” gromadził razem z żoną, pomoce do geografii i do biologii. Wielka ilość tych pomocy była ich dziełem i mogły stanowić swoistego rodzaju dzieła sztuki.

Pasja wędrówek i zbierania kamieni, to też twórczy element jego wychowania. On mnie uczył spoglądania na kamień jako na obiekt, z którego można wyczytać wiele. Do dziś będąc na Leskowcu z podziwem spoglądam na jego mapy, jakie wiszą w schronisku.

Poznawałem go dokładniej jednak dopiero po odejściu z Liceum. Obraz człowieka wymagającego, surowego, kaprala, który - według naszej oceny - nie zawsze szanował ucznia, zaczynał nabierać innych rysów, znacznie miększych. Jego żonę spotykałem przez długie lata na Plantach Krakowskich. Zawsze jej wspomnienie łączyłem z dużą wdzięcznością za

jej sprawiedliwość. Zestawiając ją z mężem zastanawiałem się, w jaki sposób taka łagodna kobieta potrafi żyć na co dzień z takim twardym chłopem.

Prof. Z. Putyra miał piękny charakter pisma, czasem lubił wypić o jeden kieliszek za dużo. Ceniłem go za to, że wtedy nie pytał, lecz wykładał. Kiedyś zmęczony całonocnym graniem na jakiejś zabawie zasnął w czasie lekcji. Jurek czuwał przy drzwiach, Jola przy profesorze. Klasa trwała w milczeniu. Obudził go dzwonek. Zapytał Joli co robi stojąc przy nim. Wytłumaczyła. Wstał, podziękował nam. On był bardzo ludzki. Na wycieczce na Turbacz, pozwolił studentom z medycyny, by opowiadali nam kawały z górnej półki. Czynili to na zmianę do trzeciej w nocy. Rano poinformowali profesora, że już możemy mieć świadectwo dojrzałości, bo to co trzeba wiedzieć o seksie wiemy. A on, uśmiechnął się, mówiąc: „zasnąłem przed północą, bo to były stare kawały”.

Osobiście zawdzięczam mu wiele. Dostrzegł we mnie pewne zdolności matematyczne i postanowił mnie za wszelką cenę nauczyć matematyki. Zorientował się, że nie uczę się w domu. Postanowił więc uczynić to na lekcjach. Były sytuacje, że pytał mnie po pięć razy na jednej lekcji. Ale cel osiągnął. Nauczył mnie wykorzystywania czasu na wykładach i myślenia matematycznego, które jest fundamentem całej logiki. Kiedyś, po rzuceniu pękiem kluczy w moim kierunku i wybiciu dziury w tynku na ścianie, bo zdążyłem uchylić głowę, powiedział: „Zrobię z ciebie człowieka, albo dziada”. Miał wielki udział w rzeźbieniu ze mnie człowieka.

Prof. Kawaler nas nie uczył, ale był chodzącą legendą matematyki. Kilka razy podchodziłem do niego z pytaniami o wynik jakiegoś zadania. Zatrzymywał się na kilkanaście sekund w bezruchu i w głowie dokonywał obliczeń podając wynik. Powiedziałem mu, że w książce jest inny. Odpowiedział: „Proszę w książce poprawić”.

Prof. T. Śmieszek był czytelnie zaangażowany po stronie lewicy, czasem w dygresjach robił „wycieczki” pod adresem etyki katolickiej, ale dla nas nie było w tym nic dziwnego, ani złego. Uczyliśmy się szanować poglądy innych. Na przerwie paradował po korytarzu z ks. Zacherem pod ramię. Pokazowa lekcja tolerancji i wzajemnego szacunku. Ponieważ bardzo brzydko pisałem, prof. Śmieszek kiedyś zapytał czy mam pieska w domu. Odpowiedziałem, że nie mam. On na to: „To dobrze, bo jakby zobaczył ten twój zeszyt, to by się wściekł”.

Już jako ksiądz spotkaliśmy się u fryzjera. Bardzo życzliwie rozmawiał ze mną przez długą chwilę i dzielił się swymi troskami o syna. Wychodząc powiedział: „Tak bym chciał, byście się w Krakowie spotkali”. Słowa pochodziły z jego ojcowskiego serca.

Kulig:

To moje wspomnienie będzie zabarwione próbą oceny tego wydarzenia po 50 latach. Do kuligu doszło w sytuacji, gdy zabrakło dyrektora K. Forysia. On rozegrałby ten nasz młodzieńczy wybryk zupełnie inaczej.

Prof. Panczakiewicz przejął władzę w Liceum na dwa, może trzy tygodnie i mając prawdopodobnie „dyrektywy” odgórnych czynników zrobił aferę. Zastanawia mnie nagła śmierć naszego profesora Panczakiewicza, szanowanego i lubianego przez nas. Czy te przeżycia nie uderzyły w jego serce? Zdumiewa fakt, że takie rozwiązanie przyjęli inni profesorowie i podpisali się pod nim na zwołanej w trybie pilnym Radzie Pedagogicznej. Sprawiedliwym wyrokiem było obniżenie całej klasie oceny z zachowania o jeden stopień. Jakie bowiem zło kryło się w wyjeździe na kulig? Przecież nikt nikogo nie zranił ani nie zabił, i nic nikomu nie skradziono, ani nie zepsuto. Tytułem do rozwiązywania klasy mogło być przestępstwo i to zbiorowe. Takiego nie było.

Być może, że komuś zależało na kompromitacji naszej szkoły. O ile mi wiadomo z punktu widzenia prawa, Rada

Pedagogiczna nie była władna rozwiązać klasy, bo to należy do kompetencji Kuratorium lub Ministerstwa, a nie dyrekcji szkoły. Państwo finansowało przez trzy lata nasze kształcenie i nagle należało te pieniądze wyrzucić do kosza, bez wiedzy Ministerstwa? Skoro klasę rozwiązano, to musiał za tym stać ktoś silniejszy niż dyrekcja.

Wychowawca prof. Jan Sarnicki podszedł do tego, jak do dezercji wojskowej i prawdopodobnie przyczynił się do takich, a nie innych decyzji. Zresztą trzeba pamiętać, że zrezygnował z wychowawstwa naszej klasy i nigdy nie zauważyłem, aby miał do nas o ten kulig jakiś uraz.

Wysoko należy ocenić reakcje przedstawiciela Ministerstwa i o ile mnie pamięć nie myli, nie był to przedstawiciel Kuratorium. On po tygodniu od rozwiązania klasy przybył i rozmawiał z nami w sposób partnerski. Pamiętam, jak postawiliśmy warunek rozmowy z nim bez profesorów, on się na to zgodził. Profesorowie wychodzili z klasy gęsiego.

Po ich wyjściu zapytaliśmy go, czy mu wystarczy jeśli w jego obecności wstaną - bez podania swych nazwisk - ci, którzy kulig organizowali. Przez kilka minut chodził przed nami w milczeniu, tam i z powrotem, z rękami założonymi do tyłu i ze spuszczoną głową. Następnie zatrzymał się na środku i powiedział: „Wystarczy”. Organizatorzy wstali. On podziękował. Powiedział: „Wygraliście”. Polecił przyjść na drugi dzień do szkoły. Ostrzegł nas jednak: „Nie chciałbym być w waszej skórze. Nawet trudno sobie wyobrazić, co się tu od jutra będzie działo”.

I miał rację. Działo się wiele. Prof. Sarnicki zawsze malował oceny w formie wykresu. Tym razem na zakończenie trzeciego kwartału w naszej klasie na wykresie były kolory fioletowe i niebieskie. Żółte (dobre) można było policzyć na palcach, a czerwonych (bardzo dobre) nie było wcale.

Ale to nie był koniec interwencji przedstawiciela Ministerstwa. W Klasie XI przybył do naszego Liceum i przez cały tydzień wizytował tylko dwie maturalne klasy. Siedział pod piecem z dziennikiem przed sobą. Profesorowie otrzymywali od niego po cztery pytania z nazwiskiem ucznia. Pytania stawiał uczniowi bardzo dobremu, dobremu, dostatecznemu i niedostatecznemu. Profesor pytał według tej kartki. Jak uczeń się zaciął, to wizytator na podstawie dziennika wywoływał drugiego ucznia na tym samym poziomie i prosił o kontynuację odpowiedzi na to samo pytanie. On sam oceniał odpowiedź nie wpisując jej do dziennika. Już po jego wyjeździe odkryliśmy, że pytania były identyczne dla klasy A i B. W ten sposób mógł ustalić, jaki jest faktyczny poziom wiedzy i umiejętności w tych klasach. Profesor Putyra powiedział mi, że takiej wizytacji nigdy nie przeżył.

Na zakończenie Wizytator spotkał się z naszą klasą sam na sam. Podziękował nam, że nie zawiedliśmy jego zaufania. Powiedział też, że cieszy się z poziomu obu klas maturalnych i życzył nam udanego egzaminu dojrzałości. Zaznaczył również, że jeśliby ktoś miał kłopoty z dostaniem się na uczelnie, to należy go powiadomić. Prawdopodobnie nikt z tego pozwolenia nie korzystał, ale z jego strony był to gest wyjątkowo piękny.

Dlaczego po latach piszę te słowa. Chcę podziękować temu Wizytatorowi, którego nazwiska nie znam. Chcę przypomnieć, że wówczas takich prawych ludzi było więcej. On, przynajmniej dla mnie, w tym naszym pachnącym komunizmem świecie, był znakiem człowieka prawego na wysokim stanowisku. Może dlatego, że całe moje życie było i jest związane z pedagogiką jego sposób podejścia do naszego kuligu i to, w jak dużym stopniu on się przyczynił do mobilizacji nas wszystkich, traktowałem jako cenne doświadczenie.

Korzystając z okazji pragnę po latach serdecznie podziękować tym wszystkim, zwłaszcza pewnym rodzicom i profesorom, którzy wówczas stanęli po naszej stronie i pomogli rozwiązać ten węzeł bardzo niewygodny i dla nas, i dla szkoły. Nigdy w moje ucho nie wpadło ani jedno nazwisko tych, którzy skutecznie działali na naszą korzyść.

Stałe kontakty z kolegami i koleżankami:

Zawsze pozostawałem w kontakcie z Władkiem Woźniczką i początkowo często, a później sporadycznie z Ludwikiem. 22 lata po maturze Marysia Talaga, z polecenia ks. E. Zachera, nawiązała ze mną kontakt i tak postanowiliśmy przygotować zjazd z okazji trzydziestolecia matury. Czyniliśmy to stopniowo, nawiedzając kilku kolegów i koleżanek. Oni informowali o innych. Lista adresów rosła.

Dziś utrzymuję stały kontakt z Ludwikiem, Marysią Talagą, Marysią Matuszyk, Danusią Pędziwiatr. A dom Ludwika stał się dla nas, jak przystań, do której raz w roku docieramy, aby w scenerii złotej jesieni przeżywać radość wspomnień rozlaną już na ponad pięćdziesiąt lat naszych znajomości. Za te spotkania jestem wdzięczny wszystkim, którzy biorą w nich udział. To są radosne wydarzenia w naszym życiu.

Po maturze.

Wstąpiłem do Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej. Święcenia kapłańskie otrzymałem z rąk Kard. Karola Wojtyły na Wawelu w roku 1965. Rok pracy duszpasterskiej w roli wikariusza w Szczyrku. Studia. Bliskie spotkanie z prof. M. Michalskim i wejście w literaturę Ojców Kościoła, czyli dzieł pisanych w pierwszych wiekach chrześcijaństwa.

Kolejno praca magisterska, doktorska, habilitacja. Zajęcia pedagogiczne na Wydziale Teologicznym w Krakowie, a następnie na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Emerytura w roku 2006.

Od 1993 do 2001 roku pracowałem jako rektor Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej. Odpowiadałem za przygotowanie do kapłaństwa kleryków.

Praca zawodowa:

Głównie pedagogika. Były lata, w których na seminarium naukowym miałem ponad trzydziestu studentów piszących prace magisterskie; w sumie jest ich dwustu; jako promotor prowadziłem szesnastu doktorów.

Zawsze jednak uczestniczyłem w życiu Kościoła Krakowskiego. Kaznodziejstwo, głoszenie konferencji i rekolekcji, to mój codzienny chleb już od pierwszego roku kapłaństwa.

Najwięcej czasu poświęcam na indywidualne rozmowy z ludźmi, którzy podejmują trudne decyzje, pogubili się w życiu, szukają wyjścia ze skomplikowanych sytuacji; Wielu z nich utrzymuje ze mną kontakt całymi latami.

Kłopoty ze zdrowiem:

W 1969 roku przeżyłem zawał i to w Rzymie, gdzie wyjechałem na studia. Słabe zdrowie zmusiło mnie do powrotu do Krakowa i kontynuowania studiów na miejscu. Z sercem jestem na bakier. Poważne operacje innych organów przeżyłem w latach 2001 i 2002. Ale na szczęście przerzutów nie było.

Ulubione zajęcia:

Lektura dobrej książki. Studium Biblii i dzieł Ojców Kościoła. Kontakt z przyrodą.

Podróże:

Pół roku spędziłem w Rzymie, dwa miesiące w Paryżu, pięć miesięcy w Belgii. Wyjazdy miały cel naukowy

Maksyma życiowa:

Życie jest piękne!

Moje sukcesy:

Wkład w rozwój Papieskiej Akademii Teologicznej. Organizowałem aż trzy katedry: Patrologii, Historii Dogmatu i Homiletyki. Spore grono uczniów i to dużego formatu. Ich sukcesy są moją radością.

Posiadam pewien wkład w polskie kaznodziejstwo, ponad dwadzieścia pięć lat pracowałem w Redakcji Materiałów Homiletycznych.

Książkowych publikacji mam kilkadziesiąt, są to najczęściej teksty o charakterze religijnym i światopoglądowym. Najważniejsze, że wciąż jestem potrzebny Bogu i ludziom.


Maria Talaga

Maria Talaga

Urodzona 23 listopada 1941 r. w Zembrzycach. Szkoła Podstawowa w Tarnawie Dolnej, kl. I. Szkoła Podstawowa nr 2 w Wadowicach, kl. II-VII.

Czasy licealne.

Snując wspomnienia po 50 latach od matury, trzeba oczami serca i pamięci wrócić do klasy VIII. Były trzy klasy A, B, C, z których po dwu latach utworzono dwie klasy A i B. Wniosek, że odsiew był spory.

Wspominając w mniejszych grupach lata szkolne, byliśmy czasem zdziwieni, że ktoś z nas nie przypomina sobie jakiegoś wydarzenia, bo był w klasie C, a później w klasie B czy A.

Przekraczając progi Liceum w 1955 r. byłam dumna, bo jak sięgam pamięcią, to słyszałam od Rodziców, że w tej szkole bardzo dobrze uczą. Dlatego, gdy nadarzyła się okazja Rodzice właśnie w Wadowicach w 1946 roku kupili dom w sąsiedztwie szkoły, by dzieci miały blisko do niej.

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Maria Cebula, Jola Bania, Danuta Kot, Krystyna Paździor, Krystyna Zaczyńska, Danusia Pędziwiatr, Maria Matuszyk,

Kazia Matuszyk, Bogda Hardek, Józefa Janik, Janina Tatar, Anna Putyra, Hela Michalska, Wacek Mielnicki, Józek i Waldek Wesołowski, Marysia Półgroszek.

Gienia Gajda - fenomen w przyswajaniu nowego materiału, pomagałam jej w historii Polski. Słuchając z uwagą potrafiła powtórzyć cały tekst. Niezwykle ofiarna w niesieniu pomocy swemu rodzeństwu i obcym ludziom. Zdumiewały jej dyskusje z prof. Kawalerem, który doceniał jej wyższy poziom.

Najwyżej ceniony profesor:

Prof. Maria Sarnicka - pedantka, świetnie wykładała. Prof. Maria Zaczyńska - wyrozumiała, życzliwa o matczynym sercu.

Ks. prof. Edward Zacher - autorytet, bogactwo wiedzy, mądry obrońca młodych.

Najbardziej nie lubiany przedmiot:

Matematyka i fizyka, miałam trudności w zrozumieniu materiału.

Najboleśniejszy dzień w Liceum:

Niespodziewana śmierć kolegi Romka Mroczyńskiego z kl. XI A, który chodził z nami do VIII C.

Najradośniejszy dzień w Liceum:

Kiedy przywrócono nas do szkoły, po sławnym kuligu (byliśmy zawieszeni w prawach ucznia).

Pamiątki, jakie zachowały się do złotego jubileuszu:

Mam świadectwa z religii, świadectwa szkolne i słownik ortograficzny, który dostałam od prof. T. Śmieszka w 1955 r.

Fotografie z czasów licealnych:

Fotografie z wycieczek szkolnych z prof. J. Sarnickim oraz fotografie koleżanek.

Kulig:

Nie miałam świadomości, że mogą być tak mocne konsekwencje takiego wyjazdu.

Po latach zadaję sobie pytanie: Dlaczego żaden z moich ulubionych profesorów, a byli to pani prof. Zaczyńska, prof. Sar-nicka, ks. prof. Zacher, nie pytali indywidualnie: „powiedz Marysiu jak to było”. Wiem że byłam też ulubioną uczennicą, nawet „pupilką” tych profesorów. Odpowiadam sobie na to pytanie. Nasi profesorowie mieli wielką kulturę, rozgrywali partię dla uczniów, nie wtajemniczając nas w to. Znali nas dobrze i umieli przyznać się przed sobą, gdzie tkwił błąd.

Wiadomość o innych kolegach:

Lucyna Pamuła, krótko była z nami w kl. VIII. Chorowała poważnie na serce, ciągłe pobyty w szpitalu. Miła, sympatyczna. Zmarła w 1961 roku.

Eda Stopa. Chodziła z nami do IX C, wesoła i sympatyczna.

Wacek Mielnicki był kolegą z podwórkowych zabaw. Bronił mnie przed dwóją z matematyki w kl. VIII. Prosił prof. Grzesło przy całej klasie, aby mi nie dawał dwójki, bo będę płakała. Profesor był bardzo wzruszony i z powagą powiedział: „Skoro tak pięknie prosisz za koleżanką - dobrze, nie dam jej dwójki.

Marysia Półgroszek - wrażliwa, subtelna, ukończyła szkołę pielęgniarską. Była pielęgniarką - super! Zmarła w latach 60.

Stałe kontakty z kolegami i koleżankami:

Spotkania jubileuszowe; od 1989 roku co pięć lat (1994, 1999, 2004).

Od lat 80. spotkania dwa razy w roku z kilkoma osobami w różnych miastach, w których mieszkamy. Jesienią zawsze u Ludwika Nadziei w Alwerni.

Od powrotu do Wadowic (2003 r.), po przejściu na emeryturę, przy różnych okazjach w moim rodzinnym domu, a wcześniej w Nowym Sączu, gdzie mieszkałam 28 lat.

Wspomnienia:

Upływa szybko życie... Czyli niezapomniana niezwykła piosenka, którą 50 lat temu śpiewaliśmy na komersie po maturze. Dziś wiem, że tekst tej piosenki napisał na zakończenie roku szkolnego w Starym Sączu i dedykował go swoim uczniom ks. Franciszek Jan Borgiasz Leśniak. Gdyby nasza szkoła powstała kilka lat wcześniej autor byłby jej absolwentem, bo mieszkał w Wadowicach. O tym jednak na innym miejscu naszych Wspomnień.

Liceum im. Marcina Wadowity - tutaj odnosiliśmy pierwsze sukcesy i poznawaliśmy gorycz pierwszych porażek (a mieliśmy wtedy po 14 lat...).

Po latach trzeba wspomnieć naszych Nauczycieli i Wychowawców, Pracowników szkoły, którym zawdzięczamy wiele. Trzeba przywołać pamięć o Koleżankach i Kolegach, z którymi dzieliliśmy wspólnie radości, sympatie, odrabianie lekcji i wagarowanie, które też się zdarzało. Te wspólne przeżycia wyposażyły nas nie tylko w wiedzę, ale również uformowały nasze charaktery.

Po latach oceniam, że nauczyły nas jak zachować prawość w czasach kryzysu wartości i patriotycznych ideałów.

Czasem zastanawiam się, że mimo upływu czasu jesteśmy ci sami, co przed laty, ale jednak inni.

Pragnę przywołać dobro, które w latach licealnych, mimo przemian ustrojowych, ideologii socjalistycznej - było!

Wynieśliśmy to dobro ze swoich domów rodzinnych, z sąsiedzkich form pomocy, z bliskości kościoła (dla mnie 00 Karmelitów. SS Albertynek z którymi byliśmy blisko) i od naszych Profesorów.

Wspominam nasze koleżeństwo podwórkowe, mieliśmy swoją „pakę” z ogródka sądowego i ul. Żwirki i Wigury: rodzeństwo Zaczyńskich, Paździorów, Jurczaków, Wiśniewskich, Fortunów, Mielnickich i Talagów, krótko mówiąc „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.

W tym miejscu dam świadectwo o domach rodzinnych koleżanek, do których mamusia pozwalała chodzić na odrabianie lekcji czy gry. Wszyscy mieszkali skromnie, mimo braku wygód było czysto, zimą ciepło i serdecznie. Lubiłam odrabiać lekcje u Krysi Paździory. Zdolna, pracowita, chętnie pomagała w nauce, mimo że w liceum chodziłyśmy do dwu różnych klas. Ona do A.

U Krysi Zaczyńskiej było większe mieszkanie, mieliśmy przyzwolenie babci i taty na zabawy po całym mieszkaniu. Ciepłem domowego ogniska i zapachem przygotowywanych obiadów, witała mamusia Jasi Tatar, Bogdy Hardek i Józi Janik. Moją radość budziły wielopokoleniowe rodziny, bo moi dziadkowi zmarli przed moim urodzeniem.

W VIII klasie zapamiętałam prof. Tadeusza Śmieszka ku zdumieniu wielu osób, z tej dobrej strony. Polecił, aby mama kupiła mi słownik ortograficzny, bo robię błędy. Szczerze powiedziałam, że „nie ma pieniędzy”. W następnym dniu dostałam od profesora słownik, którym posługuję się 53 lata. Gdy biorę go do ręki widzę profesora, który ofiarował w odruchu dobroci.

Zapamiętałam prof. Śmieszka spacerującego po korytarzu szkolnym z ks. dr Edwardem Zacherem. Prowadzili dyskusje ponoć na tematy polityczne. Tak też zapamiętałam prof. Kawalera dyskutującego z ks. prof. Zacherem.

Po latach oceniam, że nasze grono profesorskie cechowała kultura, umiejętność prowadzenia dyskusji, mimo różnic światopoglądowych i politycznych.

Ks. prof. Zacher to niezwykły duchowny, nauczyciel i wychowawca. Interesująco mówił, posiadał ogromną wiedzę humanistyczną i matematyczną Układał podziały godzin, co nie jest łatwe. Można było go zapytać, gdy miało się wątpliwości i problemy - odpowiadał zaraz albo w następnym dniu. Był obrońcą i rzecznikiem uczniów. Myślę, że wiele razy nas bronił.

Nie pisalibyśmy tych „Wspomnień”, nie byłoby pierwszego Zjazdu Maturzystów roku 1959 po 30 latach (dopiero!), gdyby nie mądrość i troska o nasze kontakty z tymi kolegami i koleżankami, którzy mogą ubogacić nasze serca i umysły. Tym troskliwym i mądrym profesorem był ks. dr Edward Zacher.

On po którymś spotkaniu, gdy odwiedziłam go na wadowickiej plebanii, powiedział: „Jeśli nie odnajdziesz w Krakowie i nie skontaktujesz się z Edkiem Stańkiem, to nie pokazuj mi się tu więcej!” Był to rok 1981 i stanowcze stwierdzenie księdza Profesora. Na pożegnanie dorzucił: „Idź do seminarium na Manifestu, jest tam prefektem”. Wracając z Wadowic przez Kraków uczyniłam, jak mi polecił ks. Profesor. A miał rozeznanie co do swego ucznia. Dziś śmiało mogę przytoczyć werset Mędrca Syracha: „Za wiernego przyjaciela nie ma odpłaty, ani równej wagi za wielkąjego wartość”. Takie były, są i będą nasze szkolne Przyjaźnie. I tak się zaczęło łączyć losów koło, jak w tej piosence:

„A jeśli losów koło Złączy zerwana nić Będziemy znów pospołu Śpiewać i marzyć, śnić” Z Edwardem i Władkiem Woźniczką odwiedzaliśmy nasze koleżanki i kolegów po 22 latach: Ludwika Nadzieję w Alwerni, Danusię Pędziwiatr-Ciężki w Bielsku-Białej, Marysię Ma-tuszyk-Birn w Częstochowie; w Wadowicach: Danusię Kot, Józię Janik, Basię Wider, Bogdę Hardek. A w 1989 r. spotkaliśmy się na wspólnym „Zjeździe” klasy A i B. Ileż było radości, wzruszeń, zdumienia .i zabawy. Po tym, kolejne „Zjazdy” na 35-lecie, 40-lecie, 45-lecie. Te „Zjazdy” odgrywały decydującą rolę w odnowieniu i utrzymywaniu koleżeńskich kontaktów. Z upływem czasu stały się wydarzeniami akceptowanymi i oczekiwanymi przez zdecydowaną większość.

Po maturze.

Po maturze ukończyłam dwuletnią Szkołę Laborantów Medycznych w Krakowie. W 1962 r. rozpoczęłam pracę w laboratorium w szpitalu w Wadowicach.

Studia:

Zrealizowałam w późniejszym terminie. Akademia Rolnicza w Krakowie: 1974 r. stopień inżyniera, 1977 r. stopień magistra w Instytucie Mikrobiologii AR.

Smutki rozstań z najbliższymi:

1947 r. - tragiczna śmierć Taty.

1991 r. - odejście do wieczności Mamusi.

2000 r. - odejście brata Tadeusza, 2004 - brata Janka.

Praca zawodowa:

Od roku 1975 r. w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epide-miologicznej w Nowym Sączu. W latach 1978-1982 byłam oddelegowana do Wojewódzkiej Stacji Ochrony Roślin, celem badań związanych z hodowlą entomofagów do biologicznej ochrony roślin przed szkodnikami.

1982-1987 r. - Dom Pszczelarza w Kamiannej. W czasie budowy, urządzania i precyzowania praw działalności.

1987 r. - powrót do Woj. Stacji Sanitarno Epidemiologicznej w Nowym Sączu i praca do emerytury w roku 2003.

Kłopoty ze zdrowiem:

Stosownie do wieku. Uraz kolana, dolegliwości serca, reumatyzm.

Ulubione zajęcia:

Spotkania z ludźmi potrzebującymi (chorzy, samotni, w podeszłym wieku) i wędrującymi w góry. Jazda na nartach. Prace w warzywnikach na wsi. Czytanie w ciszy wartościowych książek.

Podróże:

Gdy byłam młodsza wraz z Przewodnikami z Nowego Sącza zwiedziłam prawie całą Europę. Do najpiękniejszych zaliczam Ziemię Świętą (16 dni) i wędrówkę śladami św. Pawła w Azji Mniejszej od Efezu, przez Tars, do Antiochii Syryjskiej.

Zachwyt nieustający - w wędrówkach pieszych i samochodowych - przyrodą i krajobrazami, miastami i wioskami w Polsce.

Maksyma życiowa:

Czyń dobro, gdy widzisz Bliźniego w potrzebie. Tego nauczyli mnie Rodzice.

Sukcesy:

Czterdzieści jeden lat pracy zawodowej w „wolności”, nie krzywdząc nikogo i nie dając się „kupić” za cenę stanowiska czy korzyści materialnych.

Dzieła, odnotowane w świadomości społeczności, odznaczenia:

Udział w powstaniu Domu Pszczelarza w Kamiannej. Prowadzenie go przez 5 lat (1982-1987).

Stowarzyszenie „Spokojne Jutro” osób niepełnosprawnych.

PTTK Koło Przewodników Górskich.

Woluntariusz w Domu Pielęgnacyjnym im Edmunda Wojtyły w Wadowicach.

Współzałożyciel i słuchacz Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Andrychowie.

„Medal Serca” przyznany przez Kapitułę Pracowników Domu Pszczelarza w 2008 roku, z okazji 25-lecia założenia tej instytucji.

Współzałożyciel Stowarzyszenia Absolwentów LO im. M. Wadowity w Wadowicach. Coraz bardziej dostrzegam słuszność jego powołania.


Janina Tatar-Płatek

Janina Tatar-Płatek

Urodzona 1 marca 1941 r. w Krakowie. Szkoła Podstawowa - Towarzystwo Przyjaciół Dzieci (TPD) w Chrzanowie, Szkoła Podstawowa nr 2 w Wadowicach.

Czasy licealne.

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Józia Janik i Marysia Talaga.

Najwyżej ceniony profesor:

Prof. Zbigniew Putyra. Był sprawiedliwy i wyrozumiały. Wymagający w stosunku do zdolnych uczniów, szczególnie chłopaków, a dla tych, co nie byli zdolni (z matematyki lub fizyki) był bardzo wyrozumiały. Jak miał dwie godziny matematyki lub fizyki to zawsze robił przerwy, aby nam opowiedzieć coś wesołego, żeby nas trochę odprężyć.

Najbardziej nie lubiany przedmiot:

Oczywiście, nauki ścisłe: matematyka, chemia, fizyka - chińszczyzna!

Najradośniejszy dzień w Liceum: Zdanie matury.

Wspomnienia o kolegach i koleżankach:

Niewiele mogę powiedzieć o koleżankach i kolegach, bo oprócz Józi Janik i Marysi Talagi, do których chodziłam do domów i które były moimi przyjaciółkami, to resztę klasy właściwie znałam tylko ze szkoły, ale pamiętam, że była to bardzo zgrana i fajna klasa.

Wspomnienia o profesorach:

Jeśli chodzi o profesorów, to jak już wspomniałam, lubiłam prof Putyrę, Prof Zaczynską. Prof Ryntfleisz no i oczywiście prof. Rokowską, która mnie także lubiła. (Nie wiem czy pamiętasz Marysiu, jak jej siostrzenica, Urszula, zawsze mówiła: „Ta ciotka to zwariowała na Twoim punkcie. Ona nawet w domu o Tobie mówi”. W odróżnieniu od Prof. Rokowskiej, Prof. Kasprzakowa (od PO) bardzo mnie nie lubiła, co zresztą było odwzajemnione. Chociażbym śpiewająco odpowiadała, to zawsze miałam dostateczny. Pamiętam, że z Józią Janik robiłyśmy w czasie lekcji kreseczki na papierze, żeby policzyć, ile razy wciągu godziny powiedziała słowo „prawda”. Było tego dużo.

Profesorki Sarnickiej od biologii zawsze się bałam. Od prof. Sarnickiego nigdy nie wiadomo było czego się spodziewać. Jak był w humorze, to było dobrze, ale nie daj Boże, jak był zły. Pamiętam, że potrafił w ucznia rzucić kredą, a na dziewczyny, które miały kolczyki lub korale to krzyczał, że wyglądają jak „stragan odpustowy”. Pamiętam, jak poszliśmy z nim na jakąś wycieczkę krajoznawczą. Był wtedy w bardzo dobrym humorze. Znalazłam wtedy mały kamyk, na którym była odbita muszelka. Pokazałam go profesorowi, który obiecał mi dać piątkę po powrocie.do klasy. Tak też się stało. Nie zapomniał!

Profesora Kucharskiego to chyba się nikt nie bał. Pamiętam jak zawsze, kiedy mnie wywoływał do odpowiedzi to pierwej jego słowa były: „No Tatarówna, opowiedz nam coś o swoich przodkach!” Ja oczywiście bardzo się denerwowałam, byłam czerwona jak burak i nie chciałam nic mówić. Pewnego dnia jednak doszłam do wniosku, że muszę coś zmienić, bo mnie zawsze będzie tak nękał. Wreszcie wykułam na blachę o tych moich pseudo przodkach i następnym razem, jak mnie wywołał do odpowiedzi, to wyrzuciłam to z siebie jednym tchem i od tej pory miałam wreszcie święty spokój.

Kulig:

Jeśli chodzi o kulig, to patrząc na to dzisiaj, z perspektywy czasu, to był głupi wybryk z naszej strony, ale wtedy zupełni inaczej to wyglądało. Jak pamiętam, był to poniedziałek, bardzo trudne lekcje (dwie matmy, dwie polskiego i coś jeszcze). Połowa klasy na pewno nie była przygotowana, więc trzeba było jechać. Nikt z profesorów nie chciał jechać, bo pogoda była paskudna, padał bardzo mokry, ciężki śnieg i w ogóle nie było słońca po prostu pogoda nie na kulig. Ktoś krzyknął: „Julek z nami pojedzie”, ale prof. Kucharski, jak nam po tym powiedział, bardzo się zdenerwował tym, że go tak nazwano i nie pojechał. Dlatego pojechaliśmy sami.

Pamiętam, że dojechaliśmy tylko do Gorzenia i wróciliśmy zmarznięci i przemoczeni do nitki. Co się potem działo to wszyscy chyba pamiętają. Byliśmy najgorszą klasą w całym Liceum i o ile dobrze pamiętam, to nie mieliśmy żadnej kary, tyle tylko, że nie chodziliśmy do szkoły przez jakiś czas (no, ale to nie była dla nas kara!). Pomimo wszystko miło to dziś wspominać.

Wiadomość o innych kolegach i ich losach:

Wiem tylko, że Danusia Kot nie żyje.

Stale kontakty z kolegami i koleżankami:

Będąc w Polsce, spotkałam się z Józią Janik, u której byłam w domu.

Po maturze.

Rodzina:

Mąż Kazimierz Płatek. Córka Agata.

Smutki rozstań z najbliższymi:

Rodzice odeszli do Pana. Tata zmarł w 1961 roku. Brat pracował w więzieniu w Wadowicach, gdzie został zabity w czasie ucieczki więźniów w 1979 r. (z tyłu więzienia jest umieszczona pamiątkowa tablica). Rok później w maju zmarła mama na raka. Siostra Dana zmarła 16 sierpnia 2004 r.

Praca zawodowa:

W PZU i PKS.

Kłopoty ze zdrowiem:

Zdrowie mi nie dopisuje. Dorobiłam się astmy ok. 15 lat temu, która mi czasami trochę dokucza (jesień i wiosna są najgorsze), ale dobre lekarstwa i akupunktura, którą stosuję od 4 lat, bardzo mi pomagają i moje samopoczucie ma się wcale nieźle.

Ulubione zajęcia:

Nie pracuję zawodowo, więc praca w domu (a zawsze byłam domatorką), w ogrodzie, który jest dość duży i ciągle jest w nim coś do zrobienia (ogródek warzywny, trawa do koszenia), psiak (wilk) i dwa małe kotki (znajdy), dostarczają mi zajęć. A tak na marginesie, to zwierzaki żyją ze sobą w wielkiej” zgodzie.

Podróże:

W latach 1975-1978 mój mąż Kaziu, pracował w Libii na kontrakcie i ja z córką byłyśmy u niego półtora miesiąca. Zobaczyliśmy bardzo dużo; nowe krajobrazy, nowi ludzie, nowa religia i kultura, zabytki. Niezapomniane wrażenia.

Kilka lat później nasza pierwsza rodzinna wycieczka poza kraj, letnie wakacje w Grecji (przez Związek radziecki, Bułgarię, Jugosławię) i ranna kąpiel (au naturel) w Morzu Śródziemnym (oczywiście na dzikiej plaży, gdzie spędziliśmy noc).

Potem był wyjazd z kraju. Ekscytujący, a zarazem smutny - jedna wielka niewiadoma. Opuszczona rodzina, przyjaciele, najbliżsi.

Już w Stanach, mój mąż Kaziu jeździł po całym kraju takimi wielkimi ciężarówkami (coś w rodzaju TIR-ów) i dzięki temu mogliśmy wszyscy coś zwiedzać jeżdżąc razem z nim, a że hotele i wyżywienie miał płacone przez kompanię dla której pracował, to z tym nie było kłopotu (finansowo było nam wtedy raczej trudno). Początki są zawsze trudne.

Kilka lat temu zaliczyliśmy całą Amerykę. Była u nas w odwiedzinach moja kuzynka z mężem, wiec wynajęliśmy wielką przyczepę kampingową, zabraliśmy córkę i dziecko innej kuzynki, oraz psa, i pojechaliśmy w Amerykę. Było cudownie. Szybko, bo kuzynostwo miało tylko trzy tygodnie, trochę ciasno (było nas 6 osób i 50 kilogramowy pies-Wilk), ale cudowanie. Od Chicago poprzez Południową Dakotę, gdzie można podziwiać wykute w skale głowy byłych prezydentów. Las Vegas, gdzie było 50! stopni C i skąd musieliśmy uciekać po 24 godzinach, bo nasz pies nie mógł znieść upału. Grand Canyon w Arizonie, rodeo w Oklahomie i tym podobne. W sumie zaliczyliśmy coś 19 stanów.

Potem już oboje z mężem byliśmy kilka razy w krainie Majów - Cancun i na Dominikanie. Takie zimowe wakacje, by rozgrzać stare kości w gorącym słońcu w środku zimy. No i ostatni nasz wypad - Alaska, dwa lata temu. Lot do An-chorage na Alasce, a potem wielki camper i w drogę. Parki, lodowce, niedźwiadki, wieloryby. Piękno Alaski, tak jak i Grand Canyon na przykład, jest nie do opisania.

W międzyczasie były też wypady do Polski do Rodziny: Wadowice, Kraków, Chocznia. Nawet udało mi się zwiedzić Wieliczkę - piękna i też nie do opisania. To by było na tyle. Nie wiadomo jeszcze co nas czeka, Kaziu chce koniecznie zaliczyć Południową Amerykę. Zobaczymy.

Maksyma życiowa:

Traktować ludzi, jak ty chcesz być traktowany.

Sukcesy:

Udane i szczęśliwe małżeństwo (przebyliśmy ze sobą 44 lata) i oczywiście jedna, bo jedna, ale bardzo kochana i kochająca córka, Agata. Sukcesem też jest asymilacja do nowych warunków, w jakich przyszło nam żyć.


Barbara Wider-Sławska

Barbara Wider-Sławska

Urodzona 4 kwietnia 1940 r. w Wadowicach. Szkoła Podstawowa nr 2 w Wadowicach.

Czasy licealne

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Basia Chrapla, Bogusia Hardek-Zając, Józia Janik-Witek. Najwyżej ceniony profesor:

Mgr Maria Sarnicka skierowała moje zainteresowanie na biologię. Najbardziej nie lubiany przedmiot:

Matematyka. Najradośniejszy dzień w Liceum:

Zdanie matury. Wspomnienia o kolegach i koleżankach:

Razem z Basią Chrapią przygotowywaliśmy się do matury z biologii. Wspomnienia o profesorach:

Zawsze lekcje z matematyki mnie stresowały. Wspomnienia z „kuligu”:

Mile wspominam dwa tygodnie wolnego czasu od nauki.

Po maturze.

Rodzina:

Mąż Stanisław Sławski, dwie córki.

Studia:

Wyższe zawodowe, US Katowice. Praca zawodowa:

Nauczycielka SP nr 4 w Wadowicach, do 31 VIII 1995 r. Ulubione zajęcia:

Praca na działce. Podróże:

Czechy, Węgry, Niemcy, Austria, Włochy. Sukcesy:

Ukończenie studiów.

Dzieła, odnotowane w świadomości społeczności, w jakich żyjemy: Udział w życiu ZHP.

Prace związane z ochroną przyrody w Zarządzie Wojewódzkim w Bielsku Białej. Kontakty z Liceum Ogólnokształcącym w Wadowicach:

Dwie córki Renata i Anna, ukończyły Liceum Ogólnokształcące w Wadowicach.


Jerzy Włoch

Jerzy Włoch

Czasy licealne.

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Wszyscy byli wspaniali, więc trudno kogoś szczególnie wyróżniać. Najwyżej ceniony profesor:

Profesor Zbigniew Putyra cenił prawdomówność. Przyznanie się do wagarów powodowało uniknięcie konsekwencji, pod warunkiem, że zdarzyło się to tylko raz.

Najbardziej nie lubiany przedmiot:

Matematyka. To była dla mnie czarna magia. Raz udało się złapać czwórkę za cały okres edukacji w Liceum.

Najradośniejszy dzień w Liceum:

Rozwiązanie klasy i 14 dni „balangi”. Zbysiu Jutka grał na pianinie i ubaw trwał do godz. 14.00. Potem powrót do domu - oczywiście z książkami, które braliśmy, by pogłębić wiedzę.

Najboleśniejszy dzień w Liceum:

Powrót do Liceum po rozwiązaniu klasy przez Radę Pedagogiczną za uczestnictwo w „kuligu”.

Po maturze.

Rodzina:

Żona Halina.

Wnuczka Marzenka, wnuk Adaś - aparaty nie z tej ziemi.

Studia:

Wydział Prawa i Administracji UJ Kraków, ukończone z tytułem magistra.

Praca zawodowa:

Już emerytura.

Kłopoty ze zdrowiem:

Na razie tylko z cerą, ale to jest spowodowane wiekiem (zmarszczki itp.).

Ulubione zajęcia:

Majsterkowanie.

Maksyma życiowa:

Uczciwość i życzliwość dla innych.

Sukcesy:

Ukończenie studiów zaocznych z wynikiem dobrym i to niezłej uczelni, jaką jest Uniwersytet Jagielloński.


Władysław Woźniczka

Władysław Woźniczka

Urodzony 30 stycznia 1941 r. w Kossowej. Szkoła Podstawowa, kl. I-IV w Kossowej, kl. V-VII w Tłuczani.

Czasy licealne.

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Józef Żmija, Olek Woźniak. Najwyżej ceniony profesor.

Prof. Grzesło i Putyra. Najbardziej nie lubiany przedmiot:

Matematyka. Najboleśniejszy dzień w Liceum:

Po kuligu. Najradośniejszy dzień w Liceum:

Matura. Wspomnienia:

Najlepiej wspominam wyczekiwanie na katechezę lub na odjazd pociągu w świetlicy dworcowej, i możliwość grania w szachy, lub kibicowania grającym.

Kulig:

Nie brałem w nim udziału, ale ponosiłem konsekwencje z wszystkimi. Stałe kontakty z kolegami i koleżankami:

Z Marysią Talagą, Marysią Matuszyk, Danutą Pędziwiatr, Ludwikiem, Edwardem.

Po maturze.

Smutki rozstań z najbliższymi:

Śmierć Mamy: rok 1992, Ojca - 2001.

Studia:

Seminarium Duchowne Arch. Krakowskiej. Studia Teologiczne. Święcenia kapłańskie na Wawelu, 3 kwietnia 1966 r.

Praca zawodowa:

Placówki duszpasterskie na których pełniłem funkcje wikariusza i katechety: Sidzina, Więcławice, Żywiec Sporysz, Wieliczka. Od roku 1981 do 2007 byłem proboszczem w Bodzanowie. Troska o drewniany kościół zabytkowy i normalne życie duszpasterskie. Obecnie jestem już na emeryturze i mieszkam nadal w Bodzanowie.

Kłopoty ze zdrowiem:

Dnia 4 września 2003 roku przeżyłem udar w Ogrodach Watykańskich. Pobyt w klinice, w Rzymie, trudna podróż w pozycji leżącej karetką Pogotowia do Kliniki Neurologicznej w Krakowie. Czas długiej rehabilitacji, który wciąż trwa. Mimo ograniczeń w ruchach, spowodowanych niedowładem nogi i częściowo ręki, funkcjonuję jako duszpasterz nadal, mimo że jestem na emeryturze. Nie daję się i uczestniczę w życiu na tyle, na ile mnie stać.

Ulubione zajęcia:

Rozwiązywanie krzyżówek, oglądanie sport, zmagań.

Podróże:

Organizowałem i uczestniczyłem w wielu pielgrzymkach z parafianami. W tym charakterze nawiedziłem: Włochy, Ziemię Świętą, Egipt, Turcję, Francję, Portugalię, Hiszpanię, Grecję. Z kolegami w kapłaństwie - Anglię.

Sukcesy:

Radość pracy duszpasterskiej.

Odznaczenia:

Tytuł kanonika RM.


Już Świętej Pamięci

W innym życiu

Upłynęło 50 lat od naszej matury Już w klasie jedenastej przeżyliśmy wszyscy nagłą śmierć Romka. To było bolesne przypomnienie o istnieniu tajemnicy odejścia nawet w tak wczesnym wieku. Upływały lata. Odchodzili kolejni koledzy i koleżanki.

Nie udało się nam dotrzeć do dokładnych danych o ich odejściu. Odszedł Emil Handzlik pochodzący z Witanowic, który był jeszcze z nami na „Zjeździe” z okazji 30-lecia matury i wiemy tylko, że spoczywa na jednym z cmentarzy Warszawy. Odszedł zawsze pogodny i uśmiechnięty Józef Żmija. Tragicznie zginął Janek Filek. Odszedł Wacek Mielnicki i Janek Janik. Z koleżanek odeszła Danusia Kot, Ewa Jakubowska, Eda Stopa. W styczniu roku jubileuszowego, pożegnaliśmy Krzysztofa Cembrzyń-skiego.

Odeszli, a zarazem zostali z nami i to nie tylko w naszej pamięci. Stanowimy środowisko ludzi wierzących w życie wieczne. Wspieramy ich. Osobiście wpisałem ich w mój kapłański podręcznik do modlitwy, jakim jest Brewiarz. Mam w nim wpisaną ponad 40 lat naszą klasę i może dlatego jesteście mi wszyscy ciągle bliscy. Od pewnego czasu wyłowiłem z naszego grona tych, którzy mają już za sobą to najważniejsze przejście do innej rzeczywistości. Pozostaję z nimi w kontakcie duchowym. To dla nas ludzi wierzących jeszcze jeden element twórczy w budowie środowiska.

Udało się nam zebrać garść danych o kilku z tych, którzy odeszli. Tym, którzy pomogli je zebrać serdecznie dziękujemy.

Edward Staniek


Krzysztof Cembrzyński

Śp. Krzysztof Cembrzyński

(zmarł w styczniu 2009 r.)

Urodzony 27 sierpnia 1941 r. w Wadowicach. Szkoła Podstawowa w Wadowicach.

Czasy licealne

Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Jurek Włoch, Kazek Zając, Bogusia Hardek, Wacek Mielnicki.

Najwyżej ceniony profesor:

Jako pasjonat - Jan Sarnicki. Jako profesjonaliści - Zbigniew Putyra i Maria Sarnicka.

Najbardziej nie lubiany przedmiot:

Oczywiście matematyka. Dlaczego? No, to istna matematyka.

Bolesny dzień w Liceum:

Oczywiście ten nieszczęsny „kulig”. Ale i przechwycenie prywatnej korespondencji od pierwszej miłostki, przez licealnego cenzora Panczakiewicza.

Najradośniejszy dzień w Liceum:

Matura!!! Ten wymarzony bilet do tajemniczego ogrodu świadomego życia człowieka.

Pamiątki:

Niestety, nic się nie zachowało.

Kulig:

Mało pamiętam, gdyż obowiązywała tajemnica. Nikt z nas jej nie złamał.

Wiadomość o innych kolegach i ich losach.

Byłem na kilka dni przed śmiercią w szpitalu u Jaśka Janika. Był już bardzo mizerny i jakby pogodzony z losem. Po kilku minutach rozmowy usnął. Odszedłem cichutko. Stałe kontakty z kolegami i koleżankami'.

Zdumiewające, ale prawie żadne i to od wielu lat. Ten stan naruszyła Marysia Talaga, Kazek Zając z żoną i Edek Staniek. Ten ostatni jako kapłan, jakimś sposobem dowiedział się

0 mojej chorobie i daje mi ogromne wsparcie.

Po maturze.

Rodzina:

Małżeństwo, syn i córka, radość z wnuków. Smutki rozstań z najbliższymi:

Mama odeszła 1976 roku, Ojciec w 1995. Przeżyłem śmierć Wacka „Dzimby” (Mielnickiego), Jaśka Janika, Andrzeja Gruniewa i innych. Studia:

Państwowa Szkoła Techniczna. Wydział Wodna Melioracja - technik Praca zawodowa:

Wybrałem koszmarny zawód. Z ulgą odszedłem na rentę inwalidzką po 30 latach pracy. Kłopoty ze zdrowiem:

Niezbadane są zamiary Boga. Ale naocznie mieszczę się w łacińskiej formule necandus (skazany na zagładę). Ulubione zajęcia:

Akwarystyka, literatura. Podróże:

Praca w Iraku na wielkiej Pustyni Syryjskiej, a tam wojna!!! Widziałem rzeczy porażające okrucieństwem, ale też Babilon

1 Abrahamowe Ur. Maksyma życiowa:

„Miej serce i patrzaj w serce”.

Empatia jako wyróżnik mojego ego, często niestety „nagradzana” niewdzięcznością. No, ale niech tam...

Sukcesy:

Niestety ciągle towarzyszący mi fatalizm. No może z małymi okruszynami łaskawości. Ale i tak nie było najgorzej. Bogu dzięki! Udział w życiu społecznym:

Krótki epizod z PZPR. Aktywny udział w budowie Szpitala Jana Pawła II w Wadowicach. Kilka audycji w radiu na Bliskim Wschodzie. Z nagród, jakieś tam „błyskotki” resortowe i wojewódzkie.


Pożegnanie kolegi

Spotykamy się przy ołtarzu na eucharystycznej uczcie. Przed ołtarzem ustawiliśmy trumnę z ciałem śp. Krzysztofa. Chcemy dziękować Bogu za jego życie, za dobro, które otrzymał jako dar nieba i to dobro, jakim przez 68 lat ubogacał ziemię.

W Ewangelii jest przypowieść, której na pogrzebach nie czytamy, ponieważ jest zbyt długa. Zawiera ona wielką nadzieję, że wszyscy możemy spotkać się przy ojcowskim stole w wiecznym szczęściu. W niej bowiem ojciec doprowadza do swego stołu dwu synów, których drogi życiowe były zupełnie inne. Młodszy z synów, w imię wolności opuścił dom ojca i powędrował swoimi ścieżkami. Stopniowo jednak odkrywał, że te jego ścieżki wcale nie prowadzą do szczęścia. Mądrzał w kontakcie z drapieżnym światem i mocno poraniony postanowił wrócić do domu ojca. Ten zaś mu przebaczył i posadził przy ojcowskim stole.

Drugi syn nie opuścił ojca. Pracował z nim dzień po dniu, ale nie nauczył się od ojca owej miłości, która umie przebaczać i umie się radować z powrotu do domu brata. Ojciec jednak mimo to jeszcze w ostatnim momencie zaprasza go do swego stołu.

W tej przypowieści może się odnaleźć każdy z nas. Albowiem należymy do tych, którzy na własną rękę szukają szczęścia na ziemi albo do tych, którzy wprawdzie nie opuszczają domu ojca, mają jednak kłopoty z opanowaniem sztuki przebaczającej miłości, nawet wówczas, gdy widzą, jak Bóg przebacza tym, którzy do Niego wracają. Przebaczenie wcale nie jest łatwą umiejętnością.

Sp. Krzysztof to mój kolega z wadowickiego Liceum. Jest z nami i drugi kolega z naszej klasy, który celebruje Eucharystię. Ze względu na te koleżeńskie więzy tu jesteśmy. Rozstaliśmy się z Krzysztofem 50 lat temu po maturze. Każdy z nas wędrował swoją drogą. Do mnie od czasu do czasu docierały wieści, gdzie Krzysztof przebywał i jakie podejmował decyzje.

Zapukałem do niego rok temu. Był już po szóstej chemii. Dowiedziałem się, że od pięciu lat walczy z rakiem. Nawiedzałem jego mieszkanie jeszcze kilkanaście razy, a zawsze były to spotkania pełne radości, prawdziwej przyjaźni.

Opowiedział mi swe dzieje. Wspomniał o trudnych decyzjach. Pytał: „Dlaczego człowiek tak łatwo popełnia błędy i dlaczego z powodu naszych błędów płaczą inni”. Mówiłem, że życie to jest droga, na której uczymy się mądrości, a błędy są jedną z najtrudniejszych lekcji tej mądrości. Jeśli mądrzejemy, to cieszy się Bóg, cieszy się Kościół i my winniśmy się cieszyć.

Krzysztof miał wiele do powiedzenia na temat rodzinnych radości i smutków.

Miał też kłopoty z odnalezieniem się w prawach Kościoła i jego wymaganiach. Dostrzegał głębię życia religijnego, lecz nie umiał jej harmonizować z wymaganiami stawianymi przez instytucję.

Głęboko przeżył spotkanie z kulturą arabską i religią islamu, gdy przebywał na rodzinnych terenach Abrahama. Umiał krytycznie ocenić to, co w islamie jest cenne i to, co cenniejsze jest w chrześcijaństwie.

Zgroza wojny w Iraku pozwoliła mu doświadczyć tajemnicy śmierci. Widział rzeczy porażające okrucieństwem. Mówił: ”Tego się nawet nie da opowiedzieć”.

Ostatni odcinek życia, to stopniowe przygotowanie do spojrzenia w oczy własnej śmierci. Mówił mi o tym końcem listopada, leżąc w reanimacyjnej sali.

Odtąd żył już na pograniczu rzeczywistości ziemskiej i tej, która rozciąga się poza bramą śmierci.

Gdy przed Świętami Bożego Narodzenia powiedziałem, że przyniosłem Eucharystię i udzielę mu Komunii świętej odpowiedział: ”Na te dni, tylko tego mi potrzeba”. To piękne wyznanie wiary i znak wdzięczności Bogu za to, że w ojcowskim domu ma swe miejsce przy stole, na którym spoczywa pokarm nieśmiertelności.

Dziękujemy Bogu za śp. Krzysztofa.

Dziękujemy jemu za tę mądrość, którą stopniowo wypełniał swe serce, płacąc za to wysoką cenę.

Dziękujemy za jego pełną pokoju i opanowania postawę wobec choroby, cierpienia i zbliżającej się śmierci.

Prosimy Boga o miłosierdzie dla niego.

Prosimy też, abyśmy umieli przebaczać tak, jak przebacza nam Ojciec niebieski.

Dziękuję Księdzu Prałatowi za jego ojcowskie serce i życzliwość, z jaką przyjmuje każdego parafianina, który podchodzi do Bożego stołu. Szczególnie dziękuję za to, że nie rozlicza wracającego syna z czasu, w jakim go przy tym stole nie było. Jest w tym podobny do ojca ze wspomnianej na początku przypowieści.

Niech radość z tych, którzy gromadzą się wokół tego ołtarza będzie radością jego - jako Proboszcza - i radością całej parafii.

Kończę, prosząc Boga o moc dla bliskich, potrzebną do przeżycia tego bolesnego rozstania.

Proszę też o zbawienie dla śp. Krzysztofa:

”Dobry Jezu, a nasz Panie, daj mu wieczne spoczywanie”.

Amen.


Śp. Jan Filek

Śp. Jan Filek

(zmarł 31 października 1994 r.)

Urodzony 23 stycznia 1941 r. w Barwałdzie Średnim.

Zawarł małżeństwo. Zginął tragicznie 31 października 1994 r. w Barwałdzie Dolnym.

Świadectwa:

Jasia pamiętam jako życzliwego i dobrego kolegę. Pracował w Urzędzie Miasta Wadowice. Służył radą, gdy się go poprosiło o pomoc. Dzięki jego kuzynowi udało się dotrzeć do miejsca wiecznego spoczynku.

Maria Talaga.

Był spokojny i zawsze opanowany. Wrażliwy, czasem brakowało mu wiary w siebie.

Bał się szczególnie egzaminu z języka polskiego i dyrektora, który nas uczył. Wydawało mu się, że prof. Foryś „ma go na oku”. A jednak załiczył pisemny egzamin. Potknął się na ustnym. Podszedł do tego jednak z dużym spokojem.


Po roku cieszyliśmy się razem, że zdał maturę. Moja mama mimo, że widziała go tylko kilka razy, polubiła go i jeszcze na początku lat 90. wspominała o nim. Nie udało mi się go spotkać. Jest jednak ciągle w mej pamięci. Cieszę się, że udało się zdobyć jego zdjęcie.

Edward Staniek.


Śp. Ewa Jakubowska-Glanowska

Śp. Ewa Jakubowska-Glanowska

(zmarła 15 sierpnia 1984 r.)

Urodzona 17 listopada 1939 r. w Radziechowie, w ZSRS.

Rodzina:

Mąż Stanisław Glanowski. Dwóch synów: Wojciech i Filip. Praca zawodowa:

Jednostka Wojskowa w Wadowicach, ul. Wojska Polskiego. Zmarła 15 sierpnia 1984 roku, w wyniku raka żołądka.

Wiadomości przekazał syn, Wojciech Glanowski.



Danuta Kot-Kopyto

Śp. Danuta Kot-Kopyto

(zmarła w 2001 r.)

Urodzona 23 stycznia 1941 r. Szkoła Podstawowa w Wadowicach.

Czasy licealne.

Nazwa pierwszej klasy licealnej:

VIII C. Najbliżsi koledzy i koleżanki:

Barbara Sołtysik, Barbara Czapik, Janina Banaś, Maria Talaga.

Najboleśniejszy dzień w Liceum:

Nie zdanie matury w 1959 r., zdała ją w 1962. Najradośniejszy dzień w Liceum:

Radośnie wspominała przyjęcie do Liceum. Po kilka zdań wspomnień o kolegach i koleżankach:

To była „zgrana paczka”. Stałe kontakty z kolegami i koleżankami:

Barbara Czapik, Sylwester Zabawa.

Po maturze.

Rodzina:

Mąż Janusz Kopyto. Dwóch synów. Smutki rozstań z najbliższymi:

Boleśnie przeżyła śmierć Rodziców w latach 90. Kłopoty ze zdrowiem:

Zmagała się przez 20 lat z ciężką chorobą (gościec postępujący). Ulubione zajęcia:

Kochała wypoczynek rodzinny, pieszą turystykę, pływanie. Podróże:

Była na Węgrzech, w Rumunii, NRD.

Maksyma życiowa:

Życie w zgodzie ze wszystkimi.

Sukcesy:

Była dumna ze swego małżeństwa i rodziny. To 40 lat radości. Cieszyła się też pracą zawodową.

Wiadomości przekazał mąż Danuty, a zebrała je M. Talaga.

Świadectwa:

Danusię zapamiętałam jako bardzo spokojną i życzliwą dziewczynę, ałe i też z dużym poczuciem humoru. Nigdy się nie obrażała, nawet jak czasem Józek Żmija jej dokuczał (a robił to z sympatii do niej). Potrafiła zawsze pokojowo rozwiązać jakieś napięcia między dziewczętami. W mojej pamięci została jako zawsze uśmiechnięta i pogodna.

Danuta Pędziwiatr.

Pamiętam Danusię jako osobę, która miała duży wpływ na atmosferę między nami. Była zawsze nastawiona pokojowo. Promieniowała ciepłem. Trudności traktowała jako jeden z elementów drogi z przeszkodami.

Organizując spotkanie z okazji 30-łecia naszej matury odwiedziłem ją z Marysią Tałagą. Siedziała na wózku inwalidzkim przed domem. Tam mąż podał nam herbatę. Mimo swej kruchej budowy, dziełnie dźwigała wyjątkowo ciężki krzyż kalectwa. Kiedy zapytałem skąd bierze siły, odpowiedziała: „Mam dobrego męża i dzieci”. Uśmiechu nie straciła. Tak ją zapamiętałem.

Edward Staniek.

W mojej pamięci i sercu przechowuję jej ciepły, serdeczny uśmiech. Radość z życia rodzinnego była jej mocą w pokonywaniu trudu i bółu choroby. Podobnie jak jej Rodzice, pomagała w bardzo trudnych czasach kupić podstawowe artykuły do codziennego życia.

Maria Talaga.


Wacław Mielnicki

Śp. Wacław Mielnicki

(zmarł w 1993 r.)

Urodzony 30 listopada 1941 r. w Wadowicach. Szkoła Podstawowa nr 1 w Wadowicach.

Studia:

Akademia Rolnicza w Krakowie. Wydział Melioracji Wodnej.

Rodzina:

Małżeństwo z Krystyną Radkiewicz. Kłopoty ze zdrowiem:

Zawał serca. Ulubione zajęcia:

Zwiedzanie ciekawych zakątków Polski, fotografowanie. Podróże:

Egipt, Austria, Słowacja, Praga, Budapeszt, Bułgaria. Maksyma życiowa:

Wszystko dla bliźniego, nic dla siebie. Sukcesy:

Dzieci! Studia, ciekawa praca.

Wiadomości podała żona Krystyna Rodkiewicz-Mielnicka.


Eda Stopa-Edwarda Studnicka

Śp. Eda Stopa-Edwarda Studnicka

(zmarła 18 marca 1987 r.)

Urodzona 24 lutego 1939 r. w Jarosławiu.

Rodzina:

Małżeństwo zawarła z Władysławem Studnickim w 1961 r.

Cieszyła się córką Dorotą, wnukiem Marcinem i wnuczką Eweliną.

Praca zawodowa:

Pracowała w Fabryce Urządzeń Mechanicznych i Sprężyn „FUMIS-BUMAR”.

Sukcesy:

Mieszkała w Wadowicach. Kochająca żona, mama i babcia. Była towarzyska, pogodna, wesoła, zawsze pomagała innym i nigdy nie odmówiła pomocy. Bardzo kochała zwierzęta.

Wiadomości podała córka Dorota Woźniak


Kronika Koleżeńskich Spotkań


I Zjazd Koleżeński po 30 latach.

27 maja 1989 r.

Organizatorzy:

Kazimierz Koczur, Bogda Hardek i jej mąż Kazimierz Zając, Maria Talaga.

Początkiem roku 1989 przystąpiliśmy do organizacji Pierwszego Zjazdu Koleżeńskiego kl. A i B absolwentów z roku 1959. Sporo czasu zajęło nam ustalenie aktualnych adresów. W wielu przypadkach musieliśmy sięgać do adresów domów rodzinnych z akt szkolnych.

Dużą pomoc okazały nam rodziny podając aktualne adresy. Wiele Koleżanek miało już nazwiska mężów. W pierwszym piśmie, kierowanym do Koleżanek i Kolegów, prosiliśmy o pomoc, podając osiem nazwisk, co do których nie mieliśmy żadnych aktualnych danych. Na wyznaczony dzień 10 marca 1989 r. otrzymaliśmy zgłoszenia od 36 osób.

Obecni byli profesorowie: .Tadeusz Jamrozik, Janina Kasprzak, Marian Michałek, Zbigniew Putyra, Stefania Rajman, Maria Zaczyńska. Najciekawsze było spotkanie przed kościołem parafialnym. Była piękna pogoda. Wielu z nas widziało się po raz pierwszy od 30 lat. Zmiany były tak mocne, że najczęściej powtarzanym pytaniem było: Kto to? Po rozpoznaniu radość spotkania objawiano spontanicznie i za minutę wszystko było jak dawniej... Okazało się, że więzy ducha z lat licealnych są nie do rozerwania!

Mszę świętą w kościele parafialnym o godz. 12.00, odprawili nasi koledzy: ks. Władysław Fidelus, ks. Edward Staniek, ks. Władysław Woźniczka.

Spotkanie w Szkole z dyrektorem prof. Romanem Lebiedz-kim aktualnie urzędującym i z Profesorami. Spotkania miały miejsce w ramach klas. Po odczytaniu z dzienników listy obecności, wszyscy kolejno opowiadali, co kto przez 30 lat zrobił.

Było wiele humoru i zadumy.

Kolejnym punktem było nawiedzenie cmentarza i modlitwa nad grobami naszych zmarłych Profesorów i Koleżanek.

Najprzyjemniejsze chwile przeżyliśmy w Domu Kultury, gdzie Kaziu Koczur zarezerwował dla nas salę. Było przyjęcie, śpiewy i tańce.

Przyjcie zostało przygotowane we własnym zakresie, włączyły się rodziny i osoby zaprzyjaźnione. Zachowała się lista „sponsorów”. Ks. Władysław Woźniczka przywiózł z Bodzanowa pyszne flaczki. Koleżanki przygotowały ciasto.

Muzykę przygotował młodszy kolega Janusz Kułaga. Bawiliśmy się do białego rana, a później było sprzątanie, gdyż przyrzekliśmy Kazimierzowi Koczurowi, że zostawimy wszystko w idealnym porządku. Ustaliliśmy, że za pięć lat znów się spotkamy.

II Zjazd Koleżeński po 35 latach.

28 maja 1994 r.

Organizatorzy:

Maria Talaga, Kazimierz Koczur, Bogda i Kazek Zając.

Tym razem było dużo łatwiej, bo mieliśmy już aktualne adresy Kolegów i Koleżanek. Wysłaliśmy zaproszenia podając datę „Zjazdu” i datę potwierdzenia uczestnictwa. W II „Zjeździe” wzięło udział 35 osób.

Z Profesorów obecni byli: Tadeusz Jamrozik, Janina Kasprzak, Marian Michałek, Maria Zaczyńska.

Spotkanie rozpoczęło się w Bazylice NMP Mszą Św., odprawioną przez naszych kolegów.

Odwiedziliśmy budynek szkolny i spotkali z aktualnym dyrektorem prof. Romanem Lebiedzkim. Prof. G. Studnicki (abs. 1952 r.) autor monografii poświęconej naszemu Liceum „Pierwsza wśród równych”, podzielił się z nami swoją miłością do Szkoły, której tak wiele zawdzięczamy. Oby takich miłośników historii było wśród absolwentów jak najwięcej.

O godz. 15.00 zaprosiliśmy Koleżeństwo i Profesorów na uroczysty obiad do restauracji „Dworek Mikołaj”.

Po obiedzie odwiedziliśmy groby naszych zmarłych na cmentarzu w Wadowicach. Zapaliliśmy na nich znicze. Odmówiliśmy modlitwę.

O godz. 18.00 wróciliśmy do „Dworku Mikołaj” na wspólną zabawę przy melodiach z lat 50-tych i przeżyliśmy wieczór wspomnień w miłych rozmowach między sobą. Mieliśmy bardzo dobrą orkiestrę z udziałem syna Zbyszka Jutki, Roberta.

Przy rozstaniu wszyscy powtarzali: „Do zobaczenia za kolejne 5 lat”! A były i głosy, aby się spotykać co roku!

III Zjazd Koleżeński po 40 latach.

22 maja 1999 r.

Organizatorzy:

Maria Talaga, Bogumiła i Kazimierz Zając, Kazimierz Koczur.

Zaproszenie na „Zjazd” wysłaliśmy już końcem roku 1998 przesyłając Koleżankom i Kolegom życzenia Noworoczne i informację o planowanym Spotkaniu.

W „Zjeździe” wzięło udział 35 osób i dwie profesorki: Janina Kasprzak, Maria Zaczyńska.

Tradycyjnie rozpoczęliśmy Mszą św. w Bazylice NMP w Wadowicach, którą celebrowali koledzy księża.

Po odwiedzeniu budynku szkolnego i spotkaniu z dyrektorem prof. Tadeuszem Szczepańskim udaliśmy się do „Dworku Mikołaj” na smaczny obiad.

Ważnym punktem naszych „Zjazdów” jest pamięć o zmarłych profesorach, koleżankach i kolegach. Znakiem tej pamięci była modlitwa nad ich mogiłami na cmentarzu w Wadowicach.

O godz. 18.00 wróciliśmy do restauracji, gdzie przy sprzęcie nagłaśniającym bawiliśmy się korzystając z przygotowanych przez nas nagraniach. Okazało się jednak, że nie nadążamy za współczesną techniką... Najszybciej zauważył to Zbyszek Jutka i w ciągu kilku minut przywiózł akordeon. Przy jego dźwiękach trwała zabawa oraz śpiewy z lat naszej młodości.

Każdy z uczestników „Zjazdu” otrzymał piękny album o naszym mieście z podpisem wszystkich kolegów i koleżanek.

Przy pożegnaniach wszyscy z wielką nadzieją spoglądali w kierunku kolejnego „Zjazdu” za pięć lat.

IV Zjazd Koleżeński po 45 latach.

15 maja 2004 r.

Organizatorzy:

Maria Talaga, Bogda i Kazimierz Zając, Kazimierz Koczur.

Mając coraz większe doświadczenie w organizowaniu „Zjazdów” zaproszenia wysłaliśmy dopiero 8 lutego 2004 r. ustalając termin potwierdzenia udziału do dnia 31 marca.

Na ten „Zjazd” zaprosiliśmy absolwentów wraz z ich małżonkami, wychodząc z założenia, że jest nas coraz mniej i w większym gronie będzie weselej. Skorzystało z tego ośmiu absolwentów. W sumie było nas 42 osoby: absolwentów 31 oraz dwoje profesorów: Janina Kasprzak i Tadeusz Jamrozik z małżonką.

Spotkanie rozpoczęliśmy Mszą świętą o godz. 12.00, w Bazylice NMP w Wadowicach.

O godz. 13.00 przeszliśmy spacerkiem pod budynek LO, a przy pomniku E. Zegadłowicza zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie.

Po tym, całą gromadą udaliśmy się do klasztoru Ojców Karmelitów „Na Górce”, gdzie nasz kolega z LO, przeor zakonu, o. Sylwan Zieliński oprowadził nas po sanktuarium, pokazał celę św. Rafała Kalinowskiego oraz pierścień na palcu w obrazie św. Józefa - dar Ojca św. Jana Pawła II.

Z klasztoru udaliśmy się na cmentarz, zatrzymując się przy grobach naszych profesorów, koleżanek i kolegów, polecając ich miłosiernemu Bogu.

Tym razem uroczysty obiad czekał na nas w restauracji „Paradise” w Rynku. Zostaliśmy w tym lokalu do końca spotkania wspólnie bawiąc się i wspominając minione lata.

Nauczeni z poprzedniego „Zjazdu”, że nie zawsze możemy liczyć na własną obsługę sprzętu grającego, tym razem mieliśmy profesjonalnego dyskdżokeja, który umilał nam ten wieczór. Jedynie nie udała się nam wieczorna pogoda. Padał mocny deszcz, ale na szczęście przeszkadzał jedynie w drodze powrotnej do domu, bo w pomieszczeniu restauracji było jasno i miło.

Obiecaliśmy sobie, że spotkamy się za kolejne 5 lat, tym razem już z okazji Jubileuszu 50-lecia matury. Wielu jednak dodawało, że to chyba będzie nasze ostatnie koleżeńskie Spotkanie. Ponieważ jednak w swoim gronie, w klasie A, mamy kilku specjalistów od medycyny, to przy jej postępach, świeci jeszcze gwiazda nadziei, że niekoniecznie Jubileuszowe spotkanie musi być ostatnie. Nadzieja jest mocą potrzebną do życia i z tej mocy nie zamierzamy rezygnować!


Wspomnienia ze „Zjazdów” opracowała Bogumiła Hardek-Zając.


Do Maryli...


Do Maryli słów kilka.


Gdy kiedyś smutno Ci będzie,
a myślą powrócisz po latach
Do naszej „budy", której obraz wrył się w pamięć
jak więzienna krata
To wspomnij i o mnie nieszczęsnej,
złamanej przez straszny los
I wiedz, że dużo przeszłam tu
a nawet przeżyłam największy cios.



Tu upłynęły najpiękniejsze chwile radości,
smutku i śmiechu,
Tu byłyśmy zawsze razem w doli czy niedoli
i tu potknęłam się na pechu
Który chodził za mną od zarania,
od lat dziecinnych,
Tu Marysiu żyłyśmy jak swobodne ptaki
o duszach niewinnych.


Razem śmiałyśmy się i łzy roniły
nad ciężką uczniowską niedolą
Te mury były dla nas wszystkim
- radością i krępującą niewolą.
Ileż to razy wylewałyśmy tu łzy,
Kazia, Ptaszek, ja i Ty
A mimo wszystko było nam dobrze,
nawet wtedy gdy przekwitły bzy.


Tak, gdy bzy przekwitały zbliżały się wakacje,
chwile okresowej rozłąki
Rozjeżdżałyśmy się do domów,
by latać po łąkach, łapać motyle i bąki
By potem wrócić na długie miesiące pracy
zasobne w siły
Nawet zmartwienia i grandy,
swobody i chęci do życia w nas nie stłumiły.


Nieraz chodziłyśmy na laby,
do parku, Czartaka
Pamiętasz Magórkę, Leskowiec
i tego Staszka głuptaka?
No nie gniewaj się,
wiem że nie był Ci wtedy obojętny
Dla nas był zagadką
- dla Ciebie ponętnym.


Lecz Marysiu zapomnij już o nim,
on nie dla Ciebie Ty jesteś inna,
masz duszę o wzniosłych celach, ceń siebie
Zresztą zobaczysz
co los przyniesie Ci w darze
- Któż wie,
może i z nim staniesz przed ołtarzem.


Przyjdzie ten moment,
kiedy zapragniesz być z kimś razem
I nic Cię nie ustraszy,
nie złamie choćby biły pioruny życiowe gradem
Bo miłość Marysiu jest nieugięta,
potrafi pokonać wszystkie przeszkody
Zresztą cóż mówić o tym,
gdy świat jest piękny a człowiek młody.


Lecz pamiętaj Maryna,
gdy osiągniesz w życiu cel upragniony
To nie szalej jak kiedyś ja
- bo jeden moment niweczy wszystko
Bo przecież los straszne czasem
gotuje niespodzianki i zawody
Których niestety nie można
przyrównać do żadnej przeszkody.


Wiesz dobrze Mańka,
że i ja niedawno byłam szczęśliwą
Lecz cóż, teraz zostanę sama,
skrytą i wiecznie mrukliwą.
Przecież wiesz dobrze o tym
- pisać nie trzeba
Byłam szczęśliwą i do szczęścia
brakowało nam tylko matury i nieba.


Cóż więc, te cztery lata minęły bezpowrotnie,
stajemy przed maturą
Marzyłam o niej z radością
- dziś wydaje mi się ciemną,
gradową chmurą
Bo cóż - choćbym i zdała
to nic mnie już do radości nie przywoła
Moich marzeń i jego
nic wskrzesić nie zdoła.


Moja młodość,
radość i życie beztroskie skończone,
Zostały tylko po nich wspomnienia
łzami goryczy skropione.
Nic już nie wróci tych lat
przeżytych w tej budzie
Gdzie żyłyśmy w strachu,
radości i naszej szkolnej nudzie.


Maryna, idź przez życie odważnie,
nie lękaj się wichrów ni życia burz
Bądź dobrą dla drugich, bo słów kolce
są bardziej kłujące od kolcy róż.
Idąc w życia nieznane ścieżki
pamiętaj o tych naszych czterech latach,
O mnie, „Plastusiu małym"
O szczęśliwej młodości emblematach.


Rozchodzą się nasze drogi,
smutne będzie pożegnanie
Lecz mimo wszystkich rozczarowań i klęsk
moja myśl i serce tu w tym mieście zostanie
Odejdę stąd być może
w świat szeroki, hen gdzieś daleko
A z sobą zabiorę pamięć o Tobie,
o nas i wspomnień przeszłości echo.



Danuta Pędziwiatr 2.V.59

Kartki z Pamiętników


Wdzięczni Fotografom

Upływa Szybko Życie


Upływa szybko życie
I szybko mija czas
Za rok, za dzień, za chwilę
Razem nie będzie nas
I nasze młode lata
Jak potok płyną w dal
A w sercu pozostanie
Tęsknota, smutek, żal
Więc póki młode lata
Póki wiosenne sny
Niech nam przynajmniej teraz
Nie płyną z oczu łzy
Choć pamięć o nas zginie
Już za niedługi czas
Niech piosnka w dal popłynie
Póki jesteśmy wraz
Nadejdzie czas rozstania
Gdzieś u rozstajnych dróg
Idącym w świat z otuchą
Niech błogosławi Bóg
A jeśli losów koło
Złączy zerwana nić
Będziemy znów pospołu
Śpiewać i marzyć, śnić.
(muzyka Stefan Surzyński)


Upływa szybko życie...


Warto pamiętać, że pieśń ta została napisana przez ks. Franciszka Leśniaka, który jako chłopiec mieszkał w Wadowicach. Urodzony w Zawoi w 1846 roku, syn organisty i nauczyciela. Po szkole Elementarnej rodzice przenieśli się do Wadowic. Tu jednak nie było jeszcze Gimnazjum. Świadectwo dojrzałości odebrał w Tarnowie w 1865 roku. Święcenia kapłańskie przyjął w 1870 roku. Pracował rok jako wikariusz w Niepołomicach, a następnie w Starym Sączu. Odchodząc ze Szkoły Żeńskiej prowadzonej przy klasztorze Sióstr Klarysek, gdzie był dyrektorem i nauczycielem, napisał słowa pieśni, którą śpiewają całe pokolenia. Zmarł jako proboszcz katedry w Tarnowie w 1915 roku.

zob. Gryźlak P. Upływa szybko życie..., Dziennik Nowosądecki, 11-17 kwietnia 2006 r., s. 6.


Strona internetowa powstała w ramach projektu "Mecenat Małopolski", który jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Wszystkie prawa zastrzeżone.